“Przewodniczący Konferencji Episkopatu Hiszpanii biskup Bilbao Ricardo Blazquez poprosił o wybaczenie za niektóre „konkretne działania” hiszpańskiego Kościoła z czasów wojny domowej.
(na zdj. bp. Balzquez i Lech Wałęsa)
Według lewicowej gazety „El Pais“ wielu hierarchów „zaniemówiło“. Ten bezprecedensowy gest oznacza bowiem radykalną zmianę podejścia do tego okresu hiszpańskich dziejów. Dotąd Kościół uważał się za ofiarę konfliktu zbrojnego z lat 1936 – 1939, a w najgorszym razie za biernego świadka.
W przemówieniu otwierającym poniedziałkowe plenarne posiedzenie episkopatu biskup Blazquez poświęcił dużo miejsca rehabilitującej republikanów ustawie o pamięci historycznej, która budzi w Hiszpanii ogromne emocje. Mówił, że choć za wiele czynów i za wielu ludzi należy dziękować Bogu, to za inne „konkretne działania powinniśmy prosić o wybaczenie, nie uzurpując sobie prawa do osądzania bliźnich”.
- Oczyszczenie pamięci, do którego zachęcał nas Jan Paweł II, zakłada zarówno przyznanie się do ułomności i grzechów, jak też zmianę postawy i postanowienie poprawy – powiedział.- Każda grupa ludzi, społeczeństwo, Kościół, partie polityczne, związki zawodowe, ma prawo przypominać swą historię i pielęgnować własną pamięć – ciągnął biskup. Jednak – tu powtórzył główny zarzut prawicowej opozycji wobec ustawy o pamięci historycznej, będącej dziełem socjalistycznego rządu Jose Zapatero – nie trzeba przy tym „otwierać ran ani podsycać uraz”. Biskup mówił o wojnie domowej w przeddzień rocznicy śmierci Francisco Franco (20 listopada 1975 r.), którą sympatycy generała uczcili, między innymi pielgrzymując do jego mauzoleum w podmadryckiej Dolinie Poległych.
Była to prawdopodobnie ostatnia taka pielgrzymka, bo ustawa o pamięci historycznej, która wkrótce wejdzie w życie, wyraźnie nakazuje usunięcie wszelakich frankistowskich symboli z miejsc publicznych oraz „odpolitycznienie” Doliny Poległych. O tym, że nie wszystkim się to podoba, świadczyły okrzyki uczestników mszy odprawionej tam w sobotę za duszę Franco: „Zapatero, s… syn!”, „Niech żyje Franco!”
tekst za: http://www.rp.pl/artykul/70587.html
(wytłuszczenia moje – Krzyzowiec)
ode mnie: pytanie za 100 pkt, skąd supozycja autora donosu, że Kościół przeprosił? Przecież Konferncja Episkopatu to pozakanoniczny (s)twór, taki klub dyskusyjny biskupów, którego komunikaty i zarządzenia mają o tyle wiążaca moc prawną, o ile zatwierdzą go ordynariusze powszczegolnych decyzji.
Niemniej jednak zachowanie JE ks. bp Ricardo Blazqueza może dziwić, zwłaszcza w kontekscie ostatniej beatyfikacji męczenników hiszpańskiej rewolucji.Z jednej strony Pan nasz Jezus Chrystus nakazywał nadstawiać drugi policzek, z drugiej strony kapitulacja i służalczość Kościołowi nigdy nie wyszłą na dobre – vide przykład Francji porewoliucyjnej i w okresie wdrażania ustaw o rozdziale Koscio0ła od państwa.
Niestety Kościół przeszedł ostatnio długą drogę od Kościoła Wojującego, przez Kościół Piegrzymujący do Kościoła Przepraszającego.
P.S.A ja przepraszam że codziennie piszę o Hiszpanii, czas zmienic temat.
Dziś będzie patetycznie, wzniosło, ciemnogrodzko i “faszystowsko”. 32 lata temu w stołecznym królewskim mieście Madrycie odszedł na wieczną wartę gen. Francisco Paulino Hermenegildo Teódulo Franco y Bahamonde Salgado Pardo, El Caudillo de la Última Cruzada y de la Hispanidad, El Caudillo de la Guerra de Liberación contra el Comunismo y sus Cómplices.
Postać do dzisiaj znienawidzona przez lewicowcó na całym świecie
oraz przez ich miękkokostnych sojuszników spod znaku chadeckiej pseudoprawicy. “Faszysta”, dyktator, klero-oszołom, morderca, dla jednych, dla innych mąż opatrznościowy zesłamny przez Boga na ratunek Hiszpanii przed losem Rosji Sowieckiej.
W testamencie Franco pisał: Pamiętajcie, że wrogowie Hiszpanii i cywilizacji chrześcijańskiej nie śpią. Czuwajcie zatem i Wy i przedkładajcie najwyższy interes Ojczyzny i ludu hiszpańskiego nad jakiekolwiek plany osobiste.
Niestety, system Franco nie przeżył jego twórcy. Wychowany na następcę reyes catolicos Jan Karol de borbon okazał się groteskowym królem- błaznem, zaiste godnym postepowej, izabeliańskiej linii Burbonów z której sie wywodził! Król, który złamał przysięgę skłądaną na świętą Eewangelię, ktory podpisuje ustawy zezwalające na parodystyczny spektakl “małzęństwa” chorych osób tej samej płci, król, który jest tylko wisienką na republiokańskim torcie.
Czy o takim władcy myślał caudillo Franco?
Musicie zdobywać sprawiedliwość społeczną i kulturę dla wszystkich ludzi zamieszkujących Hiszpanię i uczynić to swoim nadrzędnym celem. Zachowajcie jedność Hiszpanii, sławiąc w bogatej różnorodności jej regionów źródło jedności Ojczyzny.W chwili, gdy zbliża się moja ostatnia godzina, chciałbym połączyć w jedno takie słowa, jak Bóg i Hiszpania, a także wszystkich Was wziąć w ramiona, by stojąc u progu śmierci po raz ostatni wznieść z Wami okrzyk: Naprzód Hiszpanio ! Niech żyje Hiszpania !
Franciso Franco! ¡Presente!
¡Arriba Espana!
p.s. 71 lat temu, 20 listopada 1936 r. w różnych częsciach ogarniętych rewolucyjną pożogą Hiszpanii zginęły dwie różne postaci. Lewacki zbrodniarz Bonawentura Durutti i przywódca faszyzującej Falangi Jose Antonio Primo de Rivera. Pierwszy zastrzelony najprawdopodobniej przez własnego ochroniarza , drugi rozstrzelany na dziedzińcu więzienia w Alicante.
Jeden i drugi stali sie męczennikami swoich obozów.
W ten symboliczny dzień 20 listopada 1936 r. zginęły symbole dóch przeciwstawnych sobie wizji Hiszpanii. Kto z nich ostatecznie wygrał?
Podczas, gdy Hiszpania Franco i Jose Antonio jest systematycznie rugowana z ulic i placów hiszpańskich miast, zwycięża rozwrzeszczana, prymitywna i antyklerykalna Hiszpania Szewczyka Zapatero. Bonawentura Durruti musie być z niego dumny w 7 kręgu piekieł, wydzial polityczny, sekcja lewaków, komórka anarchistów.
Heroe del Pueblo nie słyszy okrzyków “Jose Antonio! ¡Presente!” w Valle de los Caidos. Zresztą, pewnie już w następnym roku nikt nie bezie krzyczał, a Durruti i jego wspólnicy zostaną oficjalnie “beatyfikowani” przez państwo szewczyka dratewki.
Bieszczady, jesień 1946 r. Żołnierze wojsk ochrony pogranicza NKWD maszerują w szarozielonych gimnastiorkach szerokim karpackim płajem. Mijają oddział stawiający czerwono – zielony słup graniczny, z nabazgranym czarnymi bukwami na białej tablicy napisem „SSSR”.
Wąsaty sierżant – wiarus, podtrzymując pas od przewieszonejprzez ramię pepeszy zgaduje do podstarzałego porucznika:
-Towarzyszu poruczniku! Byłem tu w ‘41. – mówi po ukraińsku, z rosyjskim akcentem, a może wojskową manierą – Granica była dalej!
-I co z tego- pyta znudzony porucznik.
Sierżant wzrusza ramionami.
-Tam są bracia Ukraińcy. To nasza Ziemia!
-Powiedziano, granica, znaczy się granica! – odpowiada rzeczowo, po sowiecku starszyj lejtnant.
Niedawna premiera filmu „1612 – Kronika Smuty” sprowokowała mnie do przybliżenia czytelnikowi innego historycznego filmu ukazującego wycinek polskiej historii widzianej oczyma wschodniego sąsiada. Jako że ta historia jest o wiele świeższa i bolesna, filmOlesia Janczuka „Żelazna sotnia” (ukr. „Залізна сотня „(ang. „The Company of Heroes”) z 2003 r. powinien szczególnie zaciekawić polskich widzów.
Film rozpoczyna krótka, „zajawka” przedstawiająca bitwę partyzantów UPA z Wehrmachtem. Po tym krótkim wstępie niewtajemniczonych w „wiry walki” widzówuświadamiają napisy po ukraińsku i po angielsku. Dowiedzieć możemy się m.in. że „na początku XX w. Ukraina została podzielona pomiędzy Rosję Radziecką i Polskę. (…) W 1943 r. Stalin oddał Polsce Zakerzonję , część odwiecznych ukraińskich ziem z prawie milionem ukraińskich mieszkańców. Dla obrony Kraju przed represjami w celu odrodzenia państwa, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów stworzyła podziemną organizację i siły zbrojne. Wśród nich była sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii pod dowództwem Mychajła Dudy „Hromenki”.
Janczuk składa bowiem hołd „bohaterom” Zakerzonii[i], słynnej sotni UPA pod dowództwem „Hromenki” (właściwie Mychajło Duda). Warto dodać, że film zrealizowano na motywach książki Jurija Borca (Paszkowskiego) „UPA – w wirach walki” który zresztą był również głównym producentem filmu, przy wsparciu finansowym Ministerstwa Obrony Ukrainy i Administracji Państwowej oraz Rady Obwodowej w Iwanofrankowsku.
Zanim oglądnąłem ten film zapytałem sam siebie, czego możemy spodziewać się po ukraińskim filmie o Ukraińskiej Powstańczej Armii? Zrozumienia drugiej ze stron? Pokazania zbrodni po stronie ukraińskiej? Dozy obiektywizmu? No w końcu film nakręcono w 2003 r. 12 lat po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, w innych warunkach niż polski „Ogniomistrz Kaleń”…
Nic z tych rzeczy. Reżyser opowiada ukraińską wersję tamtych wydarzeń. Opowiada ze swadą, barwnie, momentami żewnie, ale jak ślepy na jedno oko bandurzysta nie widzi tego, do czego doprowadził ukraiński nacjonalizm po drugiej stronie. Dla jednych to może być główna wada filmu, ale w końcu to film o Ukraińcach i dla Ukraińców. To ich historię opowiada „Czumak” za pośrednictwem reżysera, tu Polacy i Sowieci są tłem dla dzielnych partyzantów spod znaku żelaznej podkowy.
Reżyser nie uniknął wpadek charakterystycznych dla siermiężnej, wschodniosłowiańskiej kinematografii. I tak sceny miłosne, które swoim patosem i uderzającą w ekran „burzą uczuć” bohaterów przypominają najlepsze sowieckie dramaty produkcyjne.
Główne postaci w filmie Janczuka są jak archetypowi kozaccy atamani. Buławny „Czumak” , schwytany przez lackie oddziały, niczym Iwan Pidkowaucieka brawurowo z łódki przepływającej graniczny San – nurkując i cudem unikając kaźni. Jest młody chłopiec z sokołem, symbolem wolnej ukraińskiej duszy, nieokiełznanej kozackiej „woli”, są czarnobrewe „mołodyce” i „diyuczyny”, których uroda rozkwita i gaśnie w wojennej zawierusze. Są bohaterscy swiaszczennycy, stawiający czoła bezbożnym okupantom.
Są i zdradzieccy Turcy – Bisurmani, w latach 40-tych to Sowieci. O dolo kozacka! To w większości Ukraińcy spod Charkowa i Połtawy! Jak dawni poturczeńcy woleli „bisurmańskie” wygody niż nierówną walkę z wszystkimi o wszystko… Zresztą „Czumak” tłumaczy Miszy spod Żytomierza, który pyta:
-Czemu Polacy palą wasze wsie?
-Nasze wsie, Misza, nasze wsie! – tłumaczy jak mądry ataman młodemu janczarowi -Wasza Żytomierszczyzna podlega Moskwie, a te ziemie – wskazał na pola – Warszawie.
Warszawa to lacka stolica. Są więc i Lachy…
Ukazani jako głowni winowajcy wszystkiego zła Polacy to głownie walczące z UPA i dokonujące wysiedleń ludowe Wojsko Polskie. Kieruje nim, nota bene nieźle sportretowany,tow. Świerczewski. Główne odium nienawiści widza skupia polska banda, siejąca terror wśród dobrych ukraińskich wieśniaków. W przerwach od krwawej siejby banda zajmuje się głównie biesiadowaniem i śpiewaniem łamaną, szeleszczącą polszczyzną piosenek, z pijackim refrenem „ale o mojej biedzie powiedzieć nie mogę”.
Przywódcą bandy, a zarazem główną negatywną postacią filmu jest blondwłosy watażka, amator dobrej wypitki i zdobywanych siłą ukraińskich kobiet. Czarny charakter oczywiście epatuje czarnym humorem, w jednej z pierwszych scen, kiedy przyprowadzają do niego grekokatolickiego księdza Szewczuka, ten najpierw wyzywa go od schizmatyków, a gdy przerażony swiaszczennyk szepce:
-Jestem obrządku wschodniego.
-Znam jeden wschodni obrządek – odpowiada Lach, polerując brzytwę o pas – obrzezanie.
Wtórujemu śmiech innych Lachów, którzy zaraz ochoczo przystępują do wykonywania „obrządku” i pewnie „obrzezaliby” biednego księdza, gdyby nie bohaterska odsiecz upowców.
Sowieccy reżyserzy nie powstydziliby się tak zręcznej propagandowej agitki!
Zwłaszcza, że w tym filmie jest niewątpliwe piękno, surowe bieszczadzkie krajobrazy i świat dawnych mieszkańców tamtych ziem, ukazany jednostronnie i powierzchownie, ale dość przekonywująco. Szerokie panoramy zaśnieżonych połonin, wartkich górskich strumieni, a wśród nich podpalone przez polskie wojsko, polskojęzyczne bandy i enkawudzistów ukraińskie chaty.
Za serce chwyta scena wielkanocnej liturgii na połoninie, kiedy świąteczne „Chrystos Woskres – Woistinu Woskres” brzmią jak pełen nadziei okrzyk zapowiadający zmartwychwstanie Samostijnej Ukrainy. Scenę ślubu w cerkwi kończy rozdzierająca serce pieśń państwa młodych i weselnego orszaku „Myła moja, szczo to bude z namy…” , która rozbrzmiewa po górach i dolinach, odbijająca się głuchym echem od blaszanych kopuł drewnianej cerkiewki, pozwalając zrozumieć tęsknotę za dawno już przebrzmiałym światem.
Cóż piękne, ale czy prawdziwe? Autor nie wspomina słowem o masakrze Polaków w Baligrodzie, rajdach na Birczę o zbrodniach dywizji SS „Hałyczyna” (Galizien) w okolicach Rymanowa Zdroju. Ich kości i krew użyźniły nieurodzajną górską ziemię, a Polska, za którą i przez którą zginęli o nich zapomniała….
Poniżej trailer(?) filmu:
===============================
Jurij Borec’ (Paszkowski), ps. koonspiracyjny „Czumak” urodzony 26 marca 1992 r. we wsiŁubno koło Dynowa w obecnym woj. podkarpackim. Jak 30 innych mieszkańców jego rodzinnej wsi„Czumak” wstąpił do Ukraińskiej Powstańczej Armii[ii]. Brał udział m.in. w napadzie upowców na koszary Wojska Polskiego w Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r. [iii] w trakcie którego został ranny w obie nogi. Był hospitalizowany w słynnym podziemnym szpitalu upowskim pod Chrzyszczatą w Bieszczadach (okolice Woli Michowej i Smolnika, gm. Cisna). W końcu lata 1947 r., kiedy wojna UPA w Zakierzonni straciła jakikolwiek sens (z powodu wysiedlenia ukraińskich mieszkańców w ramach akcji „Wisła”) buławny (sierżant) „Czumak”, już jako członek sotni dowodzonej przez porucznik UPA Mychajło Dudę „Hromenkę” , walcząc z wojskami polskimi i czechosłowackimi przedarł się do amerykańskiej strefy okupacyjnej w południowych Niemczech („Hromenko” to też skądinąd, podobnie jak „Taras Czuprynka” przykład pięknej współpracy ukraińsko – niemieckiej, były żołnierz niemieckiego batalionu „Roland”[iv]).W 1949 roku „Czumak” przeniósł się z Monachium do Australii, gdzie do swojej śmierci 12 grudnia 2006 r. był aktywnym członkiem ukraińskich banderowskich środowisk emigracyjnych i kombatanckich. Opisał swoje wspomnienia z czasów walk UPA z Polakami na Zekierzonii i dzieje słynnego rajdu sotni „Hromenki” w książkach „UPA w wirze walki” (“УПА у вирі боротьби”),, Rajd bez broni” (“Рейд без зброї”),, Z najpiękniejszymi” “З найкращими”,, Szlakiem rycerzy idei i czynu”( “Шляхами лицарів ідеї і чину”),„Za Ukrainę za jej wolność” (“За Україну, за її волю” ). Jego staraniem w Penrith, zachodniej dzielnicy Sydney ulice otrzymały nazwy ukraińskich bohaterów narodowych, oczywiście z punktu widzenia banderowskiej emigracji , takich jak: Bandera Ave., Mazepa Ave.
Film można obejrzeć na serwisie youtube pod adresami(uwaga na reklamę pensjonatu „Bajka” w Kosowie na Huculszczyźnie, dla „prawdziwych Kozaków”
[i] Zakerzonia, Zakerzonnja (ukr. Закерзоння) –przyjęta przez nacjonalistyczne podziemie ukraińskie, a obecnie również używana oficjalnie przez historyków ukraińskich, nazwa terenów leżących na zachód od tzw. Linii Curzona
Już wkrótce Benedykt XVI uhonoruje 500 hiszpańskich duchownych tytułem błogosławionych.To wielki błąd – uważa Hilari Raguer, zakonnik i historyk z Katalonii. Księża i mnisi w czasie wojny domowej nie umierali za wiarę, ale za swe poparcie dla Franco. Hiszpański episkopat do dziś nie potępił czasów dyktatury.
Hiszpański, pardon to byłby za duży komplement, kataloński zakonnik, na zdjęciu w tradycyjnym habicie, zapomina widać co znaczyło być katolikiem w czasach wojny domowej.
Sam w dalszej części wywiadu, na pytanie dziennikarza lewicowej La Vanguardia, Co ojciec pamięta z wojny domowej? przyznaje:
Pamiętam bombardowania. Odmawialiśmy różaniec i czekaliśmy na Franco. Baliśmy się, że zostaniemy rozstrzelani przez patrole anarchistów za to, że jesteśmy katolikami.
Więc w końcu jak?
Czy męczennicy hiszpańscy umierali z okrzykiem Viva Franco Rey? A może funkcjonariuszem Falangi był również niejaki El Christo de la Vega, mieszkaniec komorki partyjnej fszystów, zakamuflowanej jako kościół El Christo de la Vega w Toledo, w bezpośrednim sąsiedztwie oblężonej przez siły postępu faszystowskiej fortecy Alcazar de Toledo?
Z kościoła El Christo de la Vega (…) przynieśli sławną, drewnianą figurę Chrystusa i wymachując ją jak lalką próbowali ściagnąć ostrzał z północnych okien fortecy. Kiedy się to nie udało zaczęli krzyczeć “to jest El Christo de la Vega. Spalimy go. Jesli jesteście prawdziwymi katolikami, przyjdźcie tu nas powstrzymać” Nie było żadnej odpowiedzi z Alcazaru. Figura zodstała porabana siekierami, ajej kaewałki zostały wyrzucone na górę odpadków naprzeciwko okien Alcazaru. Cecil D. Eby “Siege of the Alcazar” s. 61, cyt. za Warren H. Carroll Ostatnia Krucjata. Hiszpania 1936, s. 85
Więc to tak faszysto Chrystusie! Odkryliśmy Cię! Cały czas popierałeś tego faszystę Franco więc musimy Cię porąbać na kawałki a potem spalić. Jakie to postępowe!
W latach 30-tych XX w. w Hiszpanii miała miejsce rewolucja. Nie jak chcą inni – faszystowska rebelia przeciwko kryształowo czystej i jaśnie oświeconej Republice, ale rewolucja, przeprowadzona przez anarchistów i marskistów ściśle wg wzorców sowieckich i z poparciem przywiezionych “w plecaku” doradców od wujka Joe. Rewolucjoniści i ich ideologiczni (i biologiczni jak Zapaterro) potomkowie prowadzili ją i prowadzą dzisiaj przeciwko nierozerwalnej triadzie Dios-Patria-Rey. To Chrystus, nie generał Franco był głownym wrogiem rewolucjonistów.To katolicyzm, nie faszyzm stanowił główną siłę nacjonalistów w walce z czerwonymi. To za Chrystusa Króla poszły na śmierć zgwałcone okrutnie zakonnice, zabici, z oszczędności kolbami karabinów młodzi seminarzyści, to za jego Krzyż ginęli w płonących kościołach, publicznych egzekucjach i cichych strzałach w tył głowy księża i biskupi.
12 września 1936 r. aresztowano 19-letniego Francisco Castello Aleu, beatyfikowanego w 2001 r. przez papieża Jana Pawła II, zstrzelonego przez obrońców republiki na cmentarzu. Swoim prześladowcom powiedział:
“Jeżeli jest zbrodnią być katolikiem, przyznaję się z radością do jej popełnienia, bo nie ma większej radości na świecie, niż zginąć za Chrystusa. Gdybym miał tysiąc żyć, oddałbym je wszystkie bez wahania za taką sprawę” (cyt. za Warren H. Carrol ibidem s. 138)
Owszem byli i renegaci, wśród nich lewicowy kler – wtedy jeszcze nie chodził w brzydkich garniturach i niemodnych krawatach jak o. Raguel i postępowi katolicy. Renegatem był kanonik Enrique Vasquez Camarasa, który odprawił jedyną w czasie oblężenia Alcazaru Mszę Świętą dla oblężonych. Renegatem, nie boję się tego słowa, jest ten historyk w brzydkim garniturze wyświęcony na katolickiego kapłana. Dla nich wybór był prosty, postęp nie może iść w parze z Christo Rey. Z jakimś Jezusem – kumplem i proletariuszem – tak, za Królem, nigdy!
Dzisiejsi potomkowie i epigoni dawnych milicjantów chcą zamazać przeszłość Starej Hiszpanii. W ich mniemaniu Hiszpania powstała wraz z prokalmowaniem I Republiki, wcześniej to tylko horda katolickich protofrankistów i prafaszystów otaczających dziwnym kultem stare drewniane posągi i kamienne ołatrze, zawodzący otępiale pieśni, nieświadomi ich zwodniczych i zabobonnych treści.
Dzisiejszym epigonom Largo Caballero i Bonawentury Durrutiego nie wystarcza własna “beatyfikacja” “szlachetnych rycerzy postępu walczących z faszystwoską hydrą” – bo czymże innym jak parodią katolickiej beatyfikacji jest projektowana ustawa? Usiłują jeszcze pohukiwać na Kościół, szermując przy tym hasłem rozdziału Kościoła od państwa.
Wytykając hierarchom niedawną krytykę legalizacji parodii sakramentu małzeństwa w wykonaniu pewnej kategorii chorych osób, widać zapominają, że zasada rozdziału czerwonego tronu (a raczej koryta) od Świętego Ołtarza działa w obie strony.
Nie wystarczy im to że Franco nie żyje. Trzeba zniszczyć wszystkie pamiątki po tym krwawym faszyście , w ramach Ustawy o Pamięci Historycznej. Tak wybiórcza pamięć zapewne jest w stanie odpamiętać płomienne “Non passaran” Dolores Ibárruri Gómez “A pasionari” , nie będzie pamiętać z jakim rewolucyjnym zapałem podżegała do palenia kościołów i fizycznej eliminacji duchowieństwa. Ręka niszcząca katolicką Hyspanidad zawszemogła liczyć na poparcie setek tysięcy pożytecznych idiotów nie tylko żołnierzy Brygad Międzynarodowych ale i pisarzy, “intelektualistów”, “ludzi kultury”.
Pożyteczny idiota to zawód odpowiedzialny i wiecznie żywy. Z doświadczenia wiadomo, że dyskusja z lewicowym “intelektualistą” przeważnie kończy się porażką jego zapyziałego interlokutora. Bynajmniej nie z uwagi na trafność sądów, błyskotliwość języka czy piorunująca siłę argumentów lewicowca. Po prostu – on wie lepiej.
Lepiej wie o tym, że męczennicy katolicccy w Hiszpanii swoją śmiercią dawali świadectwo przynależności do Falangi i carlistów czy też szerzej do antyrepublikańskiej rebelii a nie ostateczne i głebokie świadectwo miłości i poświęcenia.
Chciałbym wierzyć, że zacietrzewienie Zapaterro w burzeniu resztek Hyspanidad zakońćzy się restauracją Jednej, Wielkiej, Wolnej Hiszpanii.Niestety, nie w czasach kiedy elektorat partii mieniacych się spadkobiercami frankizmu zmieścić można z powodzeniem w średniej wielkości kościele, a przywódca partii “prawicowej” jako burmistrz stolicy w ostetntacyjny sposób, pariodując sakrament małżeństwa, udziela “ślubu” dwojgu chorym ludziom tej samej płci.
Za pośrednictwem renagata – msgr Camarasa “Niebiański Król odwiedził bohaterów Alcazau”, jak głosił usunięty w latach 80-tych napis w podziemiach twierdzy. Za pośrednictwem renagata z Katalonii dowiadujemy się, że Jezus Chrystus to tak naprawdę Francisco Franco!
Przyznam się że podobnej herezji jak również dziwnego i bezgranicznego uwielbienia dla gen. Franco nie spodziewalem się po katolickim duchownym, nie mówiąc już o lewicowej prasie,
Trawestując znany w pewnych kręgach okrzyk: A my swoje: Viva Christo Rey!