Pisze te słowa już w momencie gdy jes po wszystkim. Arcybiskup metropolita Warszawski Stanisław Wielgus był tajnym wpsólpracownikiem komunistycznej peerelowskiej bespieki. Już po Mszy Dziękczynej jaka odbyła się w miejsce ingresu, płomienej homlii J.Ekscelencji Prymasa kardynała Józefa Glempa i fali komentarzy jakie przeoczyły sę przez Polskę i Eurpę od prawa i lewa.
1. Prawda was wyzwoli.

Niestety, abp Wielgus nie zdobył się na szczerość i wyznanie win. Mało tego w agresywny sposób w naczelnym organie wyznawców herezji szechteryzmu-michnikizmu, niesławnej GazWybie wyrazi uznanie dla podejścia antylustracyjnych hungwejbinów do tematu, wyraził ubolewanie, że atak wyszedł od ludzi związanych z Kościołem. Monsigniore Wielgus żarliwie zadawał kłam plotkom o swej agenturalnej przeszłości, bił się w pierś, że owszem „coś tam” podpisał, ale i tak nikomu złego nic nie zrobił.

Jasne. Przecież współpraca , jak to miał się wyrazić „grey” niezależnego eksperta ze smutnymi panami z SB nie mogła nikomu zaszkodzić. Każdy TW” nie pisał przeciez rzeczowych raportów na konkretne osoby, tylko umiał , cytując nieśmiertelnego Jana Dobrowolskiego z serialu „Nie ma róży bez ognia” „ogólnie naświetlić sytuację międzynarodową”? Smutni panowie winni zatem zlikwidować opłacaną przez esort sieć agentury i zacząć czytać prasę i słuchać radia, również spoza krajów demokracji ludowej. Wyszłoby taniej, łatwiej i przyjemniej.

Czy aby kwestia „prawdy” w Kościele schodziła na dalszy plan? Nie mówię tu o publicznych ekspiacjach , przeprosinach za holokaust, inkwizycje, wyprawy krzyżowe a wreszcie za katolickość i ortodoksję Kościoła, co miało miejsce wielokrotnie po II Soborze Watykańskim.

Jak słusznie zauważył Adam Wielomski na marginesie ujawnionej współpracy ks. Czajkowskiego, „cechą charakteryzującą modernizm jest bowiem brak poczucia pewności posiadania przez Kościół prawdy. Duchowny tego rodzaju uważa, że prawda jedynie „trwa” w Kościele, ale rozsiana jest także po innych systemach religijnych i filozoficznych. Prawda jest przeto relatywna, ma charakter historyczny; nie jest pewna i niewzruszona, należy ją ustalać w procesie „dialogu” pomiędzy różnymi orientacjami. (…) Jeśli duchowny nie ma poczucia bezwzględnej prawdy głoszonej przez Kościół i „dialoguje” z herezją, to jak się będzie zachowywał w obliczu spotkania z komunistyczną SB? Naturalna jest tu także skłonność do „dialogu”. (por: http://prawica.net/node/3648).

Oczywiście pomiędzy modernistą ks. Czajkowskim a „konserwatystą” abp. Wielgusem leży przepaść nie do przeskoczenia, (no bo „gdzie Rzym a gdzie Kry…” przepraszam, „Izrael” drogi księże Czajkowski) ale czy to aby ten relatywizm prawdy nie był katalizatorem rozmaitych rozmów z diabłem, współpracy jako niezależny ekspert”?

Brak mi wiedzy na temat poglądów abp Wielgusa w okresie jego współpracy z Ubolami, więc to tylko moje spekulacje.

2.Prymas i nuncjusz apostolski.

J.E. ks. Prymas kard. Józef Glemp po raz kolejny dowiódł, że nie dorasta do pięt swojemu wielkiemu poprzednikowi Prymasowi Tysiąclecia. W godzinie próby dla Kościoła zupełnie niepotrzebnie uciął wszelką krytykę i zaatakował dziennikarzy którzy całą sprawę ujawnili w sposób mało ewangeliczny. W niedzielny kazaniu, po ukazaniu abp. Wielgusa w roli Hioba naszych czasów skrytykował ideę lustracji a akta esbeckie nazwał „świstkami papieru”.

Najprawdopodobniej, jak spekulując media Nuncjusz apostolski J.E. ks. abp. Józef Kowalczyk jest odpowiedzialny za próbę zamiecenia sprawy pod dywan.

„Grupa prymasowska” po śmierci Sługi Bożego papieża Jana Pawła II straciła „nadprymasa”, który z Watykanu kierował także Polskim Kościołem. Zarówno ks. Prymas jak i nuncjusz apostolski a tym bardziej kardynał metropolia krakowski nie mają choćby połowy charyzmy, instynktu politycznego i zdrowego rozsądku.

A przecież sprawa abp. Wielgusa byłą szansą na oczyszczenie Kościołą w spośób szybki i sprawny – na modłę starej dobrej inkwizycyjnej szkoły. Wyposażenie inkwizytorów – śledczych z Komisji Historycznej działających we współpracy z IPNem w szerokie kompetencje, zaangażowanie odpowiednich środków ludzkich (nie wierzę, że brak ich w Kościele o najsilniejszym liczbowo duchowieństwie w Europie!) i finansowych. Obyłoby się może bez śledztw i przesłuchań bo przecież nie o to chodzi. Trzeba tylko odwagi naszych pasterzy by powiedzieli głośno – tak paktowałem z diabłem, tak jestem winny, zdaję się a osąd Boga i Jego Oblubienicy Kościoła!

3. Wybaczenie

Ja osobiście wybaczam J.E. abp. Wielgusowi współpracę z diabłem. To ludzka rzecz błądzić. Sam fakt podjęcia takiej współpracy absolutnie nie dyskwalifikuje go jako kapłana i człowieka. Chodzi jednak o ta Prawdę, na temat której tyle słów wylałem na wstępie. I jej zatajenia ks. abp. nie sposób wybaczyć. I tylko to zatajenie dyskwalifikuje go na pierwsze stanowisko w polskiej hierarchii kościelnej.

O ile wiem Kościół w Polsce nigdy nie ogłosił amnestii dla czarnych owiec w swoich szeregach. Przeciwnie – podkreśla konieczność rozliczenia się z przeszłością i powołuje Komisje Historyczne w celu takiego samorozliczenia i samooczyszczenia. Tak jest przynajmniej w teorii.

W praktyce w sprawie J.E. Wielgusa włodarze Kościoła w R.P. odwrócili kolejność wybaczenia i okazywania miłosierdzia. Zamiast oskarżyć, osądzić, wymierzyć karę i na końcu wybaczyć biskupi bez względu na treść dokumentów wybaczyli Jego Eminencji i oskarżyli oszczerców z „Gazety Polskiej” o brak miłosierdzia, szkodzenie Kościołowi i Bóg wie co jeszcze.

4. skutki – „katolicki antyklerykalizm” i upadek Kosioła w Polsce?

Trudno nie odnieść wrażenia że niektórych komentatorów z prawej strony ścieżki poniosło (o tych z lewej, jako zawodowych kłamczuchach pisał nie będę inaczej jak tylko „propagandyści”).

Poniosło też niektórych duchownych , zwłaszcza tych którzy jak diabeł wody świeconej boją się sutanny. Ojcowie Bartoś im Oszajca pletli po różnych GazWybach brednie o demokratyzacji Kościoła, która jakoby „musi” być skutkiem „afery Wilegusa”. Smutne że w tym tonie wypowiadają się kapłani „wywodzący się” (mam wątpliwości czy nadal „należący”) do zakonów- tradycyjnych ostoi Kościoła papiestwa- dominikanów i jezuitów.

Wielu katolików w wersji „soft” zapewne odwróciło się od Kościoła i jego pasterzy, czytaj zwyczajnie obraziło się na Boga. Skoro jednak byli w Kościele jedną nogą to zabranie z jego wnętrza drugiej Kościołowi nie zaszkodzi.

Ucierpiał etos Kościoła, jako instytucji niezłomnej, Ostoi Polskości podczas zaborów, czerwonej i brunatnej okupacji oraz w okresie PRLu. To źle kiedy hierarchia Kościelna, już nie tylko czołowi moderniści w osobach J.E.J.E. abp Życińskiego i abp Gocłowskiego ale cały dziwny pozakanoniczny twór zwany „ Konferencją Episkopatu Polski” atakuje potrzebę przeprowadzenia lustracji. Źle, kiedy jednym tonem z GazWybem i illumminatii z Wielkiego Wschodu wypowiada się o. Rydzyk i Radio Maryja, abp. Życiński i ks. kardynał Józef Glemp, szechterowcy z lewa i postendecy z LPRu.

Prawdy nie da się ustalić w postępowaniu sądowym. Zresztą – w procesie cywilnym i karnym dąży się do poznania prawdy materialnej. Poznania nie jednoznacznego ustalenia, gdyż żaden ziemski sąd nie jest w stanie jej ustalić w sposób ostateczny i niepodważalny. Wierzę mocno, że Kościół, również jego Polska część stoi na straży depozytu wiary i depozytu Prawdy.

Tą Prawdą jest Jezus Chrystus i on najlepiej we jaki charakter miały kontakty abp Wielgusa z bezpieką. Abp Wilegus wypar się te prawdy jak św. Piotr, któremuzbawiciel wybaczył. Wierni w Polsce też wybaczyliby, gdyby biskup przyna się do winy i wyrazł skruchę lub pzynjmniej ubolewanie a ei szedłw zparte.

A tak stało się źle dla Kośioła i dla Polski. Już jak donos niezrównany w rewolucyjnym zapale szechterszczyzna „Dążąc do zdemaskowania komunistycznej przeszłości, polska prawica katolicka sama się zdemaskowała – pisze w czwartkowym numerze dziennika „Guardian” brytyjski historyk i publicysta Timothy Garton Ash. Ash ocenia, że skutkiem skandalu wokół arcybiskupa Stanisława Wielgusa jest „rozbicie w drobny mak spłyconej, czarno-białej wizji przeszłości stworzonej przez bliźniaków Kaczyńskich, Radio Maryja i im podobnych”.

Niestety drogie misie – Kościół istnieje 2000 lat. Grand Orient dziesięć razy krócej, nie mówiąc już o żałosnych jego kreaturach i epigonach które ledwie przeżyły pól wieku.

Advertisements