Jak onet Powiat Jarosławski do Wołynia przyłączał czyli wywiad z posłem Mironem środa, Lip 17 2013 

Kiedy opadła groza pogasły reflektory odkryliśmy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach” pisał wieszcz Zbigniew Herbert. Kiedy opadły emocje po przegłosowaniu, że” ludobójstwo na Wołyniu” było czystka etniczną o znamionach ludobójstwa  dziennikarze ruszyli dobija rannych. Padło na posła Solidarnej Polski z Podkarpacia Mieczysława Golbę, który ” w ostrych słowach” podczas debaty sejmowej nad „uchwałą wołyńską” stwierdził: 

kordan_upa

ilustracja z książki Aндрій Кордан “Козак” „ОДИН НАБІЙ З НАБІЙНИЦІ”

„Pochodzę z miejscowości Wiązownica, która w kwietniu 1945 roku została spalona przez bandę UPA, oddział „Mścicieli”. Spalona została cała wieś, w tym dom moich rodziców. Na tej sali jest poseł, którego ojciec działał w tej bandzie – powiedział w trakcie przemówienia w Sejmie Mieczysław Golba. Słowa te padły w trakcie dyskusji nad określeniem zbrodni wołyńskiej mianem ludobójstwa.[1]

Nietrudno zgadnąć, że poseł Golba mógł mieć na myśli tylko jednego posła na sali sejmowej, o którym powszechnie wiadomo, że jego ojciec aktywnie działał najpierw w strukturach OUN(B) a potem w UPA. Wiedziała o tym nawet niezbyt uważająca na lekcjahgc historii pannica z Zatem nieustalona przez mnie WSI24, która zapytała posła Mirona Sycza ( bo oni  mowa ) temi słowy:

 Czy pana ojciec brał udział w rzezi wołyńskiej? 

– Absolutnie nie. To było w powiecie jarosławskim i nie miał w tym absolutnie nic wspólnego – zapewnia poseł PO. I dodaje: – Jestem dumny, że miałem takiego tatę.[2]

Tym samym wieś Wiązownica, zacna siedziba Gminy Wiązownica w Powiecie Jarosławskim nagle przyłączono głosami polskich dziennikarzy do Wołynia.  O poziomie polskiego dziennikarstwa niech świadczy resume wystąpienia posła Mirona Sycza, podane przez niezawodny Readers Digest polskiego świata lemingów- portal Onet.pl

Sycz w rozmowie z TVN24 zaprzeczył, że jego ojciec brał udział w rzezi wołyńskiej. Jak wyjaśnił, mieszkał on w powiecie jarosławskim, a nie na Wołyniu. – On nie miał z tym nic wspólnego – mówił. Dodał, że jego ojciec znalazł się w sytuacji bez wyjścia: musiał wybierać między Armią Czerwoną a UPA. – A wcześniej służył w Wojsku Polskim i bronił Rzeczpospolitej przed napaścią hitlerowską – powiedział Sycz na antenie TVN24.[3]

I co z tego wynika? No przede wszystkim to, że zadającemu pytanie dziennikarzowi ale i zatrudnionemu w Onecie wklepywaczowi, który krótki wywiad z panem posłem był streścił,  nie mieści się głowie, że oprócz Wołynia OUN(b) zgotowało naszym rodakom „czystkę etniczną o znamionach ludobójstwa”  również na terenie Małopolski Wschodniej (tłumaczenie dla poiltpoprawnych : Galicji Wschodniej i Podkarpacia aż po dzisiejsze województwo małopolskie), na Chełmszczyźnie i Lubelszczyźnie.

Wieś Wiązownica (ukra. В’язівниця) położona jest w powiecie jarosławskim, co oczywiście wywodzący się z  „українського населення Надсяння” Myron Oleksandrowycz Sycz  wie doskonale. Zresztą poinformował o tym indagującego go dziennikarza.

O okolicznościach akcji UPA we Wsi Wiązownica przeczytać można chociażby w  wydanych w serii „Biblioteki Zakerzonii” wspomnieniach Andrija Kordana „Kozaka” zatytułowanych „Jeden nabój z ładownicy[4] . Oddajmy głos druhowi „Kozakowi”:

Gdzieś końcem kwietnia 1945 roku sotnia komendanta „Szuma” pod dowództwem komendanta kurenia „Zaliznjaka” przeprowadziła akcję odwetową na wieś Wiązownicę, w której miała siedzibę banda rabunkowa, napadająca na okoliczne wsie ukraińskie, zabijała i grabiła bezbronnych włościan. Jak doniósł zwiad, we wsi znajdowało się wówczas 300-400 uzbrojonych członków Wojska Polskiego, Milicji Obywatelskiej oraz miejscowej, wiejskiej bandy, a także oddział bolszewicki, który stacjonował w położonym nieopodal folwarku.

Nad ranem rozpoczęto atak na Wiązownicę.  Pod silnym ogniem naszych karabinów maszynowych wróg był zmuszony wycofać się, wioskę zdobyliśmy i częściowo spaliliśmy. O świcie „Zaliznjak” umówionym sygnałem – zieloną racą z rakietnicy dał rozkaz odwrotu. Tymczasem wróg zreorganizował swoje siły i począł nas ostrzeliwać. Zginęło kilku strzelców, a kilku zostało rannych. Jak później doniósł zwiad , wróg poniósł wielkie straty. O dokładnym rezultacie akcji, jeżeli chodzi o liczby, nie piszę, bo nie byłej uczestnikiem bitwy, ale słyszałem co mówili ludzie i widziałem meldunki zebrane w archiwum kurenia, których dokładnie nie potrafię przywołać.

Szczegóły mogą opowiedzieć uczestnicy tej bitwy, którzy ocaleli i żyją na Zachodzie, ich pseudonimy: „Wus”, „Stalewyj”, „Kowalenko”.

 W relacji strony banderowskiej mowa jest o „częściowym spaleniu wsi” i „wielkich startach” strony polskiej oraz o udziale w akcji sotni (kompanii) Iwana Szymanskoho „Szuma” czyli 97 sotni „Mesnyky 2” („Mściciele 2”), wchodzącej w skład kurenia (batalionu) „Mesnyky” Ukraińskiej Powstańczej Armii należącej do 27 Odcinka Taktycznego „Bastion” VI Okręgu Wojskowego „Sian” („San”). Dowódcą kurenia i jak wynika z relacji „Kozaka” bezpośrednim dowódca akcji odwetowej na Wiązownicę w był były komendant posterunku Ukraińskiej Policji Pomocniczej w Rawie Ruskiej Iwan Szpontak „Zaliznjak” (pol. „Żeleźniak” – pseudonim od przywódczy Koliszczyzny Iwana Żeleźniaka)

Zatem nieżyjący ojciec posła Sycza  Aleksander (Ołeksandr) należał do kurenia który brał udział w spaleniu Wiązownicy. Czy brał jednak bezpośredni udział w akcji ? Tu istnieją nie dające się rozstrzygnąć wątpliwości.

Po pierwsze nie żyje sam zainteresowany, po drugie nie znam źródeł polskich, w tym uzasadnienia wyroku sądu skazującego sycza na KaES. Tymczasem jednak źródła banderowskie temu przeczą.

W książce Petra Wasylenki „Wołosza” o romantycznym tytule „Partyznanśkymy dorohamy z komandyrom Zalizniakom” (Partyznaskimi drogami z komendantem „Zalizniakiem”)  znajdujemy krótkie biogramy poszczególnych upowców – członków kurenia dowodzonego przez . Biogram Ołeksandra Sycza ur. w 1914 r. w Laszkach, powiat jarosławski, podaje, że był on strzelcem sotni Mesnyky – 4 , a zatem dowodzonej przez Dalej czytamy, ze był członkiem OUN już od 1938 r. ( zatem nie można stwierdzić, jak twierdzi jego syn, że podczas wojny obronnej 1939 r. był lojalnym obywatelem Polski) w szeregach UPA od jesieni 1944 r. na początku jako członek podziemnej siatki OUN- UPA a od jesieni 1945 r. w kureniu „Mesnyky” (napad na Wiązownicę był natomiast w kwietniu 1945 r.) Wiosną 1947 r. został ujęty przez żołnierzy WP a następnie skazany przez polski sąd na karę śmierci. Więzienie opuścił w listopadzie 1953 r.[5]

W kureniu „Zalizniaka” był również Mychajło Sycz ps. „Sirko”s. Andrija i Anny urodzony 23 października 1947 r. w przysiółku Onyszki koło Suchej Woli, powiat lubaczowski,  Od wiosny 1945 r. strzelec w sotni Mesnyky-2 (a więc sotni dowodzonej przez „Szuma”) w 1947 wzięty do niewoli, nstaepnie skazy na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie i stracony w Rzeszowie w dniu 2 lipca 1947 r.

Być może więc to Mychajło Sycz a nie Ołeksandr brał udział w napadzie na Wiązownicę?

Jest to wersja prawdopodobna, zatem zgodnie z zasada „in dubio pro reo” możemy uznać że słowa posła Mirona Sycza polegają na prawdzie i jego ojciec nie mia  napadem na Wiązownice nic wspólnego. Należał natomiast do antypolskiej i zbrodniczej organizacji.


[4] Бібліотека Закерзоння Серія „Спогади” Том 4, Андрій Кордан „Козак” „ОДИН НАБІЙ З НАБІЙНИЦІ” Спомини вояка УПА з куреня „Залізняка” Упорядник Микола Дубас Торонто — Львів 2006 s. 124

[5]  Партизанськими дорогами зкомандиром „Залізняком” Drohobycz 1997 zainteresowanych odsyłam pod adres: http://do.gendocs.ru/docs/index-12514.html?page=15

Absurdalna uchwała w zupełnie innym miejscu, posłom pod rozwagę… czwartek, Lip 11 2013 

Wyobraźmy sobie taki nagłówek prasowy z dnia 27 stycznia 2013 r.

„Jak dochodzi dziennik „Haretz” w  dzisiejszym głosowaniu Kneset głosami Kadimy, Avody i Hadaszu  odrzuciły uchwałę autorstwa opozycyjnego Likudu w sprawie uznania tzw. tragedii Shoach za ludobójstwo. Za przyjęciem uchwały głosowały też opozycyjne partie Szas oraz Izrael Beitenu. Odrzucono również uchwałę, o ustanowieniu dnia 27 stycznia , tj. rocznicy wyzwolenia nazistowskiego polskiego obozu. koncentracyjnego w Auschwitz przez Armię Czerwoną Dniem Pamięci Ofiar Holokaustu (Yom ha Shoah).

Środowiska ocalonych i ich rodzin nie kryją oburzenia. Zapowiadają własne obchody styczniowej rocznicy . Środowiska te zpowiedziały ponadto budowę w Jerozolimie centrum Yad- Washem mającego na celu upamiętnienie ofiar Shoah. Przypominają ponadto , że grupa 160 deputowanych do Bundestagu głównie z partii lewicowych, zaapelowały do Knesetu do uznanie Shoah (w środowiskach niemieckiej lewicy zwanych Holokaustem) za ludobójstwo i wskazanie niemieckiej trzeciej Rzeszy oraz jej funkcjonariuszy jako bezpośrednich sprawców,a także o uznanie narodowego socjalizmu za ideologię zbrodniczą.

Doradca prezydenta Izraela Echuda Baraka do spraw historycznych  , dr Julius H. Schoeps wyraził zdziwienie postulatami ocalonych o godne uczczenie Shoach „Przecież piękny pomnik na Pustyni Nagev, przy wjeździe do kibucu Devira to bardzo dobre, eksponowane miejsce. Apeluję do środowiska ocalonych z Shoach i ich rodzin o godne uczczenie rocznicy . Ponadto weźmy pod uwagę wrażliwość naszych niemieckich partnerów. Przecież nie możemy zablokować w imię niepojętego dla mnie  jątrzenia starych, zabliźnionych ran aspiracji naszych niemieckich przyjaciół do zostania stałym członkiem rady Bezpieczeństwa ONZ. Na pytanie o planie uczynienia przez środowiska prawicowe oraz ocalałych z tragedii Shoah rocznicy tzw. konferencji w Wansee dr Schoeps podkreślił, za niemieckimi historykami, że „nie ma żadnych dowodów na przeprowadzenie tej konferencji i zaplanowania tragedii przez najwyższe czynniki niemieckie”.

Przypomnijmy, że zgodnie z rozpowszechnionymi poglądami panującymi w Europie do tzw. zagłady doszło w wyniku spontanicznych akcji nazistowskich jednostek SS  którzy opatrznie zrozumieli sugestie Himmlera o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej. Aktyywnie w tragedii udział wzięli także nazistowscy kolaboranci z krajów słowiańskich. Jak podkreślają historycy niemieccy w zbiorowej pracy „Druga wojna niemiecko żydowska” tzw. Shoah  stanowiło logiczny wynik tysiącletniej dominacji żydowskiej na terenie Rzeszy Niemieckiej oraz była kontynuacją konfliktów z lat 20-tyc i 30 tych XX w. z okresu Bawarskiej Republiki Rad i Republiki Weimarskiej”.

Absurdalne, prawda? I śmieszno i straszno. Całe szczęście to political fiction.

Teraz, drogi czytelniku  zamień  Izrael na Polskę, Kneset na Sejm, dr Schoepsa na profesora Nałęcza , pomnik w kibucu Devira na pomnik na Skwerze Wołyńskim…

Całe szczęście Naród Żydowski potrafił godnie uczcić swoje ofiary i przekazać tą pamięć światu. Mój Naród albo ściślej jego przedstawiciele tego nie chcą i nie potrafią. Narodowy socjalizm doczekał się Norymbergi. Ukraiński integralny nacjonalizm święci tryumfy na dzisiejszym Wołyniu i w tzw. Bandersztacie.

I na zakończenie z „Marszu OUN”, bez tłumaczenia na język polski, cytuję gdzieś posłyszane

„Na wyszywankach mryi barwysty

Krycze nas hołos Dnipra.

My ukrajinśki nacjonalisty

syjemo nywu dobra…”

Historia o nich głucho milczy… wtorek, Mar 1 2011 

Ile widziałeś drogi czytelniku filmów o wojnie domowej toczącej się w Twojej ojczyźnie końcem lat 40-tych? W ilu miastach w Twoim kraju są ulice Armii Ludowej  i Gwardii Ludowej,  a w ilu Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowej Organizacji Wojskowej, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość?

Dlaczego informacje o tym, że 1 marca to Narodowy Dzień Pamięci o Żołnierzach Wyklętych są dzisiaj na marginesie głównych newsów, a niektóre wstydliwie usiłują je zmilczyć. Przecież żyjący członkowie antykomunistycznego podziemia  to dziś tylko niegroźni starcy, a Ci nieżyjący wiadomo- głosu nie mają.

No ale przecież i  gajowy Bronisław Maria graff von Zips und Arwa Komorowski bredzący do niedawna o szkodliwości bicia po łbie „maczugą pamięci historycznej”  składał dzisiaj wieńce pod tablicą Wyklętych na Mokotowie i bufetowa HGW coś tam złożyła. Więc niby wszystko jest ok?

To czemu to głuche milczenie o żołnierzach bohaterach? Czemu brak szkół imienia Zapory, Ognia, Zuba, Łupaszki? Czemu Salon przełyka Armię Krajową jako niemal protoplastę pierwszej „Solidarności” a tak panicznie boi się antykomunistycznego podziemia z lat 40tych i 50tych?

Żołnierze wyklęci tak jak niebezpieczni byli   za życia są też niebezpieczni po śmierci. To przecież w przeważającej liczbie Ci źli przedwojenni narodowcy. A skoro narodowcy, to getto ławkowe numerus clausus a stąd już blisko do Nocy Kryształowej, SA i parteitagów.

A ludzi o zlasowanych mózgach w kraju wiele. I tak – weźmy modny kryminał , reklamowany jako „krakowska odpowiedź na Krajewskiego”. Debiutujące  małżeństwo Kuźmińskich w utworze „Tajemnica Kroke” golą głowy przedwojennym „karkom z ONR” jakby w tęsknocie  za rodzimymi hitlerowcami. Jeśli tak , to łatwo strach przed karkami z ONRu z karabinem w ręku partyzanckim mundurze jest jak najbardziej usprawiedliwiony. Wszak to to strach przed rodzimymi wspólnikami Holokaustu, takim rodzimym Werwolfem. Tymi mitycznymi faszystami, których dzielnie zatrzymał Sewek Blumsztajn 11 listopada ubiegłego roku. Cóż autorzy książki są wszak młodzi i wykształceni (w przypadku autorki pochodzącej z Sandomierza określenie ” z wielkich miast” raczej nie przejdzie).

Każdy naród ma swoich tragicznych bohaterów. My mamy walczących do końca naszych wyklętych ostatnich żołnierzy Wielkiej Polski. To oni, cytując wieszcza Herberta:

„ponieważ żyli prawem wilka/ historia o nich głucho milczy/ pozostał po nich w kopnym śniegu/ żółtawy mocz i ten ślad wilczy”

W świecie gdy łatwiej by słabym i dyskryminowanym niż silnym i mężnym Żołnierze Wyklęci są bardzo nieżyciowi.  Niemniej cześc ich pamięci.

Requiem aeternam…

 

Komisja Episkopatu przeprasza – znowu o gen. Franco czwartek, List 22 2007 

„Przewodniczący Konferencji Episkopatu Hiszpanii biskup Bilbao Ricardo Blazquez poprosił o wybaczenie za niektóre „konkretne działania” hiszpańskiego Kościoła z czasów wojny domowej.

bp. Blazguez i Wałęsa

(na zdj. bp. Balzquez i Lech Wałęsa)

Według lewicowej gazety „El Pais“ wielu hierarchów „zaniemówiło“. Ten bezprecedensowy gest oznacza bowiem radykalną zmianę podejścia do tego okresu hiszpańskich dziejów. Dotąd Kościół uważał się za ofiarę konfliktu zbrojnego z lat 1936 – 1939, a w najgorszym razie za biernego świadka.

W przemówieniu otwierającym poniedziałkowe plenarne posiedzenie episkopatu biskup Blazquez poświęcił dużo miejsca rehabilitującej republikanów ustawie o pamięci historycznej, która budzi w Hiszpanii ogromne emocje. Mówił, że choć za wiele czynów i za wielu ludzi należy dziękować Bogu, to za inne „konkretne działania powinniśmy prosić o wybaczenie, nie uzurpując sobie prawa do osądzania bliźnich”.

– Oczyszczenie pamięci, do którego zachęcał nas Jan Paweł II, zakłada zarówno przyznanie się do ułomności i grzechów, jak też zmianę postawy i postanowienie poprawy – powiedział.- Każda grupa ludzi, społeczeństwo, Kościół, partie polityczne, związki zawodowe, ma prawo przypominać swą historię i pielęgnować własną pamięć – ciągnął biskup. Jednak – tu powtórzył główny zarzut prawicowej opozycji wobec ustawy o pamięci historycznej, będącej dziełem socjalistycznego rządu Jose Zapatero – nie trzeba przy tym „otwierać ran ani podsycać uraz”. Biskup mówił o wojnie domowej w przeddzień rocznicy śmierci Francisco Franco (20 listopada 1975 r.), którą sympatycy generała uczcili, między innymi pielgrzymując do jego mauzoleum w podmadryckiej Dolinie Poległych.

Była to prawdopodobnie ostatnia taka pielgrzymka, bo ustawa o pamięci historycznej, która wkrótce wejdzie w życie, wyraźnie nakazuje usunięcie wszelakich frankistowskich symboli z miejsc publicznych oraz „odpolitycznienie” Doliny Poległych. O tym, że nie wszystkim się to podoba, świadczyły okrzyki uczestników mszy odprawionej tam w sobotę za duszę Franco: „Zapatero, s… syn!”, „Niech żyje Franco!”

tekst za: http://www.rp.pl/artykul/70587.html

(wytłuszczenia moje – Krzyzowiec)

ode mnie: pytanie za 100 pkt, skąd supozycja autora donosu, że Kościół przeprosił? Przecież Konferncja Episkopatu to pozakanoniczny (s)twór, taki klub dyskusyjny biskupów, którego komunikaty i zarządzenia mają o tyle wiążaca moc prawną, o ile zatwierdzą go ordynariusze powszczegolnych decyzji.

Niemniej jednak zachowanie JE ks. bp Ricardo Blazqueza może dziwić, zwłaszcza w kontekscie ostatniej beatyfikacji męczenników hiszpańskiej rewolucji.Z jednej strony Pan nasz Jezus Chrystus nakazywał nadstawiać drugi policzek, z drugiej strony kapitulacja i służalczość Kościołowi nigdy nie wyszłą na dobre – vide przykład Francji porewoliucyjnej i w okresie wdrażania ustaw o rozdziale Koscio0ła od państwa.

Niestety Kościół przeszedł ostatnio długą drogę od Kościoła Wojującego, przez Kościół Piegrzymujący do Kościoła Przepraszającego.

P.S.A ja przepraszam że codziennie piszę o Hiszpanii, czas zmienic temat.

20N A.D.2007 – 32 rocznica śmierci gen. Franco wtorek, List 20 2007 

Dziś będzie patetycznie, wzniosło, ciemnogrodzko i „faszystowsko”. 🙂 32 lata temu w stołecznym królewskim mieście Madrycie odszedł na wieczną wartę gen. Francisco Paulino Hermenegildo Teódulo Franco y Bahamonde Salgado Pardo, El Caudillo de la Última Cruzada y de la Hispanidad, El Caudillo de la Guerra de Liberación contra el Comunismo y sus Cómplices.

Postać do dzisiaj znienawidzona przez lewicowcó na całym świecie
oraz przez ich miękkokostnych sojuszników spod znaku chadeckiej pseudoprawicy. „Faszysta”, dyktator, klero-oszołom, morderca, dla jednych, dla innych mąż opatrznościowy zesłamny przez Boga na ratunek Hiszpanii przed losem Rosji Sowieckiej.

W testamencie Franco pisał: Pamiętajcie, że wrogowie Hiszpanii i cywilizacji chrześcijańskiej nie śpią. Czuwajcie zatem i Wy i przedkładajcie najwyższy interes Ojczyzny i ludu hiszpańskiego nad jakiekolwiek plany osobiste.

Niestety, system Franco nie przeżył jego twórcy. Wychowany na następcę reyes catolicos Jan Karol de borbon okazał się groteskowym królem- błaznem, zaiste godnym postepowej, izabeliańskiej linii Burbonów z której sie wywodził! Król, który złamał przysięgę skłądaną na świętą Eewangelię, ktory podpisuje ustawy zezwalające na parodystyczny spektakl „małzęństwa” chorych osób tej samej płci, król, który jest tylko wisienką na republiokańskim torcie.

Czy o takim władcy myślał caudillo Franco?

Musicie zdobywać sprawiedliwość społeczną i kulturę dla wszystkich ludzi zamieszkujących Hiszpanię i uczynić to swoim nadrzędnym celem. Zachowajcie jedność Hiszpanii, sławiąc w bogatej różnorodności jej regionów źródło jedności Ojczyzny.W chwili, gdy zbliża się moja ostatnia godzina, chciałbym połączyć w jedno takie słowa, jak Bóg i Hiszpania, a także wszystkich Was wziąć w ramiona, by stojąc u progu śmierci po raz ostatni wznieść z Wami okrzyk: Naprzód Hiszpanio ! Niech żyje Hiszpania !

Franciso Franco! ¡Presente!
¡Arriba Espana!

p.s. 71 lat temu, 20 listopada 1936 r. w różnych częsciach ogarniętych rewolucyjną pożogą Hiszpanii zginęły dwie różne postaci. Lewacki zbrodniarz Bonawentura Durutti i przywódca faszyzującej Falangi Jose Antonio Primo de Rivera. Pierwszy zastrzelony najprawdopodobniej przez własnego ochroniarza , drugi rozstrzelany na dziedzińcu więzienia w Alicante.
Jeden i drugi stali sie męczennikami swoich obozów.
W ten symboliczny dzień 20 listopada 1936 r. zginęły symbole dóch przeciwstawnych sobie wizji Hiszpanii. Kto z nich ostatecznie wygrał?

Podczas, gdy Hiszpania Franco i Jose Antonio jest systematycznie rugowana z ulic i placów hiszpańskich miast, zwycięża rozwrzeszczana, prymitywna i antyklerykalna Hiszpania Szewczyka Zapatero. Bonawentura Durruti musie być z niego dumny w 7 kręgu piekieł, wydzial polityczny, sekcja lewaków, komórka anarchistów.
Heroe del Pueblo nie słyszy okrzyków „Jose Antonio! ¡Presente!” w Valle de los Caidos. Zresztą, pewnie już w następnym roku nikt nie bezie krzyczał, a Durruti i jego wspólnicy zostaną oficjalnie „beatyfikowani” przez państwo szewczyka dratewki.

Żelazna Sotnia – heroje Zakerozonii? sobota, List 17 2007 

Bieszczady, jesień 1946 r. Żołnierze wojsk ochrony pogranicza NKWD maszerują w szarozielonych gimnastiorkach szerokim karpackim płajem. Mijają oddział stawiający czerwono – zielony słup graniczny, z nabazgranym czarnymi bukwami na białej tablicy napisem „SSSR”.

Wąsaty sierżant – wiarus, podtrzymując pas od przewieszonejprzez ramię pepeszy zgaduje do podstarzałego porucznika:

Towarzyszu poruczniku! Byłem tu w ‘41. – mówi po ukraińsku, z rosyjskim akcentem, a może wojskową manierą – Granica była dalej!

I co z tego- pyta znudzony porucznik.

Sierżant wzrusza ramionami.

Tam są bracia Ukraińcy. To nasza Ziemia!

Powiedziano, granica, znaczy się granica! – odpowiada rzeczowo, po sowiecku starszyj lejtnant.

Niedawna premiera filmu „1612 – Kronika Smuty” sprowokowała mnie do przybliżenia czytelnikowi innego historycznego filmu ukazującego wycinek polskiej historii widzianej oczyma wschodniego sąsiada. Jako że ta historia jest o wiele świeższa i bolesna, filmOlesia Janczuka „Żelazna sotnia” (ukr. „Залізна сотня „(ang. „The Company of Heroes”) z 2003 r. powinien szczególnie zaciekawić polskich widzów.

Film rozpoczyna krótka, „zajawka” przedstawiająca bitwę partyzantów UPA z Wehrmachtem. Po tym krótkim wstępie niewtajemniczonych w „wiry walki” widzówuświadamiają napisy po ukraińsku i po angielsku. Dowiedzieć możemy się m.in. że „na początku XX w. Ukraina została podzielona pomiędzy Rosję Radziecką i Polskę. (…) W 1943 r. Stalin oddał Polsce Zakerzonję , część odwiecznych ukraińskich ziem z prawie milionem ukraińskich mieszkańców. Dla obrony Kraju przed represjami w celu odrodzenia państwa, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów stworzyła podziemną organizację i siły zbrojne. Wśród nich była sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii pod dowództwem Mychajła Dudy „Hromenki”.

Janczuk składa bowiem hołd „bohaterom” Zakerzonii[i], słynnej sotni UPA pod dowództwem „Hromenki” (właściwie Mychajło Duda). Warto dodać, że film zrealizowano na motywach książki Jurija Borca (Paszkowskiego) „UPA – w wirach walki” który zresztą był również głównym producentem filmu, przy wsparciu finansowym Ministerstwa Obrony Ukrainy i Administracji Państwowej oraz Rady Obwodowej w Iwanofrankowsku.

Zanim oglądnąłem ten film zapytałem sam siebie, czego możemy spodziewać się po ukraińskim filmie o Ukraińskiej Powstańczej Armii? Zrozumienia drugiej ze stron? Pokazania zbrodni po stronie ukraińskiej? Dozy obiektywizmu? No w końcu film nakręcono w 2003 r. 12 lat po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, w innych warunkach niż polski „Ogniomistrz Kaleń”…


Nic z tych rzeczy. Reżyser opowiada ukraińską wersję tamtych wydarzeń. Opowiada ze swadą, barwnie, momentami żewnie, ale jak ślepy na jedno oko bandurzysta nie widzi tego, do czego doprowadził ukraiński nacjonalizm po drugiej stronie. Dla jednych to może być główna wada filmu, ale w końcu to film o Ukraińcach i dla Ukraińców. To ich historię opowiada „Czumak” za pośrednictwem reżysera, tu Polacy i Sowieci są tłem dla dzielnych partyzantów spod znaku żelaznej podkowy.

Reżyser nie uniknął wpadek charakterystycznych dla siermiężnej, wschodniosłowiańskiej kinematografii. I tak sceny miłosne, które swoim patosem i uderzającą w ekran „burzą uczuć” bohaterów przypominają najlepsze sowieckie dramaty produkcyjne.

Główne postaci w filmie Janczuka są jak archetypowi kozaccy atamani. Buławny „Czumak” , schwytany przez lackie oddziały, niczym Iwan Pidkowaucieka brawurowo z łódki przepływającej graniczny San – nurkując i cudem unikając kaźni. Jest młody chłopiec z sokołem, symbolem wolnej ukraińskiej duszy, nieokiełznanej kozackiej „woli”, są czarnobrewe „mołodyce” i „diyuczyny”, których uroda rozkwita i gaśnie w wojennej zawierusze. Są bohaterscy swiaszczennycy, stawiający czoła bezbożnym okupantom.

Są i zdradzieccy Turcy – Bisurmani, w latach 40-tych to Sowieci. O dolo kozacka! To w większości Ukraińcy spod Charkowa i Połtawy! Jak dawni poturczeńcy woleli „bisurmańskie” wygody niż nierówną walkę z wszystkimi o wszystko… Zresztą „Czumak” tłumaczy Miszy spod Żytomierza, który pyta:

Czemu Polacy palą wasze wsie?

Nasze wsie, Misza, nasze wsie! – tłumaczy jak mądry ataman młodemu janczarowi -Wasza Żytomierszczyzna podlega Moskwie, a te ziemie – wskazał na pola – Warszawie.

Warszawa to lacka stolica. Są więc i Lachy…

Ukazani jako głowni winowajcy wszystkiego zła Polacy to głownie walczące z UPA i dokonujące wysiedleń ludowe Wojsko Polskie. Kieruje nim, nota bene nieźle sportretowany,tow. Świerczewski. Główne odium nienawiści widza skupia polska banda, siejąca terror wśród dobrych ukraińskich wieśniaków. W przerwach od krwawej siejby banda zajmuje się głównie biesiadowaniem i śpiewaniem łamaną, szeleszczącą polszczyzną piosenek, z pijackim refrenem „ale o mojej biedzie powiedzieć nie mogę”.

Przywódcą bandy, a zarazem główną negatywną postacią filmu jest blondwłosy watażka, amator dobrej wypitki i zdobywanych siłą ukraińskich kobiet. Czarny charakter oczywiście epatuje czarnym humorem, w jednej z pierwszych scen, kiedy przyprowadzają do niego grekokatolickiego księdza Szewczuka, ten najpierw wyzywa go od schizmatyków, a gdy przerażony swiaszczennyk szepce:

Jestem obrządku wschodniego.

Znam jeden wschodni obrządek – odpowiada Lach, polerując brzytwę o pas – obrzezanie.

Wtórujemu śmiech innych Lachów, którzy zaraz ochoczo przystępują do wykonywania „obrządku” i pewnie „obrzezaliby” biednego księdza, gdyby nie bohaterska odsiecz upowców.

Sowieccy reżyserzy nie powstydziliby się tak zręcznej propagandowej agitki!

Zwłaszcza, że w tym filmie jest niewątpliwe piękno, surowe bieszczadzkie krajobrazy i świat dawnych mieszkańców tamtych ziem, ukazany jednostronnie i powierzchownie, ale dość przekonywująco. Szerokie panoramy zaśnieżonych połonin, wartkich górskich strumieni, a wśród nich podpalone przez polskie wojsko, polskojęzyczne bandy i enkawudzistów ukraińskie chaty.

Za serce chwyta scena wielkanocnej liturgii na połoninie, kiedy świąteczne „Chrystos Woskres – Woistinu Woskres” brzmią jak pełen nadziei okrzyk zapowiadający zmartwychwstanie Samostijnej Ukrainy. Scenę ślubu w cerkwi kończy rozdzierająca serce pieśń państwa młodych i weselnego orszaku „Myła moja, szczo to bude z namy…” , która rozbrzmiewa po górach i dolinach, odbijająca się głuchym echem od blaszanych kopuł drewnianej cerkiewki, pozwalając zrozumieć tęsknotę za dawno już przebrzmiałym światem.

Cóż piękne, ale czy prawdziwe? Autor nie wspomina słowem o masakrze Polaków w Baligrodzie, rajdach na Birczę o zbrodniach dywizji SS „Hałyczyna” (Galizien) w okolicach Rymanowa Zdroju. Ich kości i krew użyźniły nieurodzajną górską ziemię, a Polska, za którą i przez którą zginęli o nich zapomniała….

 Poniżej trailer(?) filmu:

===============================

Jurij Borec’ (Paszkowski), ps. koonspiracyjny „Czumak” urodzony 26 marca 1892 r. we wsiŁubno koło Dynowa w obecnym woj. podkarpackim. Jak 30 innych mieszkańców jego rodzinnej wsi„Czumak” wstąpił do Ukraińskiej Powstańczej Armii[ii]. Brał udział m.in. w napadzie upowców na koszary Wojska Polskiego w Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r. [iii] w trakcie którego został ranny w obie nogi. Był hospitalizowany w słynnym podziemnym szpitalu upowskim pod Chrzyszczatą w Bieszczadach (okolice Woli Michowej i Smolnika, gm. Cisna). W końcu lata 1947 r., kiedy wojna UPA w Zakierzonni straciła jakikolwiek sens (z powodu wysiedlenia ukraińskich mieszkańców w ramach akcji „Wisła”) buławny (sierżant) „Czumak”, już jako członek sotni dowodzonej przez porucznik UPA Mychajło Dudę „Hromenkę” , walcząc z wojskami polskimi i czechosłowackimi przedarł się do amerykańskiej strefy okupacyjnej w południowych Niemczech („Hromenko” to też skądinąd, podobnie jak „Taras Czuprynka” przykład pięknej współpracy ukraińsko – niemieckiej, były żołnierz niemieckiego batalionu „Roland”[iv]).W 1949 roku „Czumak” przeniósł się z Monachium do Australii, gdzie do swojej śmierci 12 grudnia 2006 r. był aktywnym członkiem ukraińskich banderowskich środowisk emigracyjnych i kombatanckich. Opisał swoje wspomnienia z czasów walk UPA z Polakami na Zekierzonii i dzieje słynnego rajdu sotni „Hromenki” w książkach „UPA w wirze walki” („УПА у вирі боротьби”),, Rajd bez broni” („Рейд без зброї”),, Z najpiękniejszymi” „З найкращими”,, Szlakiem rycerzy idei i czynu”( „Шляхами лицарів ідеї і чину”),„Za Ukrainę za jej wolność” („За Україну, за її волю” ). Jego staraniem w Penrith, zachodniej dzielnicy Sydney ulice otrzymały nazwy ukraińskich bohaterów narodowych, oczywiście z punktu widzenia banderowskiej emigracji , takich jak: Bandera Ave., Mazepa Ave.

Film można obejrzeć na serwisie youtube pod adresami(uwaga na reklamę pensjonatu „Bajka” w Kosowie na Huculszczyźnie, dla „prawdziwych Kozaków” 🙂

http://www.youtube.com/watch?v=DXNKrHdWs0c


[i] Zakerzonia, Zakerzonnja (ukr. Закерзоння) –przyjęta przez nacjonalistyczne podziemie ukraińskie, a obecnie również używana oficjalnie przez historyków ukraińskich, nazwa terenów leżących na zachód od tzw. Linii Curzona

[ii] http://nacija.org.ua/index.php?option=com_content&task=view&id=878&Itemid=9

[iii] http://www.pokrova.org.ua/dokument001291.html

[iv] http://pl.wikipedia.org/wiki/Mychajło_Duda

męczennicy hiszpańscy albo kłopoty postkatolickiego zakonnika czwartek, Paźdź 25 2007 

Już wkrótce Benedykt XVI uhonoruje 500 hiszpańskich duchownych tytułem błogosławionych.To wielki błąd – uważa Hilari Raguer, zakonnik i historyk z Katalonii. Księża i mnisi w czasie wojny domowej nie umierali za wiarę, ale za swe poparcie dla Franco. Hiszpański episkopat do dziś nie potępił czasów dyktatury.

zakonnik(?) Hilari Raguer

Hiszpański, pardon to byłby za duży komplement, kataloński zakonnik, na zdjęciu w tradycyjnym habicie, zapomina widać co znaczyło być katolikiem w czasach wojny domowej.

Sam w dalszej części wywiadu, na pytanie dziennikarza lewicowej La Vanguardia, Co ojciec pamięta z wojny domowej? przyznaje:

Pamiętam bombardowania. Odmawialiśmy różaniec i czekaliśmy na Franco. Baliśmy się, że zostaniemy rozstrzelani przez patrole anarchistów za to, że jesteśmy katolikami.

Więc w końcu jak?

Czy męczennicy hiszpańscy umierali z okrzykiem Viva Franco Rey? A może funkcjonariuszem Falangi był również niejaki El Christo de la Vega, mieszkaniec komorki partyjnej fszystów, zakamuflowanej jako kościół El Christo de la Vega w Toledo, w bezpośrednim sąsiedztwie oblężonej przez siły postępu faszystowskiej fortecy Alcazar de Toledo?

Z kościoła El Christo de la Vega (…) przynieśli sławną, drewnianą figurę Chrystusa i wymachując ją jak lalką próbowali ściagnąć ostrzał z północnych okien fortecy. Kiedy się to nie udało zaczęli krzyczeć „to jest El Christo de la Vega. Spalimy go. Jesli jesteście prawdziwymi katolikami, przyjdźcie tu nas powstrzymać” Nie było żadnej odpowiedzi z Alcazaru. Figura zodstała porabana siekierami, ajej kaewałki zostały wyrzucone na górę odpadków naprzeciwko okien Alcazaru. Cecil D. Eby „Siege of the Alcazar” s. 61, cyt. za Warren H. Carroll Ostatnia Krucjata. Hiszpania 1936, s. 85

Więc to tak faszysto Chrystusie! Odkryliśmy Cię! Cały czas popierałeś tego faszystę Franco więc musimy Cię porąbać na kawałki a potem spalić. Jakie to postępowe!

W latach 30-tych XX w. w Hiszpanii miała miejsce rewolucja. Nie jak chcą inni – faszystowska rebelia przeciwko kryształowo czystej i jaśnie oświeconej Republice, ale rewolucja, przeprowadzona przez anarchistów i marskistów ściśle wg wzorców sowieckich i z poparciem przywiezionych „w plecaku” doradców od wujka Joe. Rewolucjoniści i ich ideologiczni (i biologiczni jak Zapaterro) potomkowie prowadzili ją i prowadzą dzisiaj przeciwko nierozerwalnej triadzie Dios-Patria-Rey. To Chrystus, nie generał Franco był głownym wrogiem rewolucjonistów.To katolicyzm, nie faszyzm stanowił główną siłę nacjonalistów w walce z czerwonymi. To za Chrystusa Króla poszły na śmierć zgwałcone okrutnie zakonnice, zabici, z oszczędności kolbami karabinów młodzi seminarzyści, to za jego Krzyż ginęli w płonących kościołach, publicznych egzekucjach i cichych strzałach w tył głowy księża i biskupi.

12 września 1936 r. aresztowano 19-letniego Francisco Castello Aleu, beatyfikowanego w 2001 r. przez papieża Jana Pawła II, zstrzelonego przez obrońców republiki na cmentarzu. Swoim prześladowcom powiedział:

„Jeżeli jest zbrodnią być katolikiem, przyznaję się z radością do jej popełnienia, bo nie ma większej radości na świecie, niż zginąć za Chrystusa. Gdybym miał tysiąc żyć, oddałbym je wszystkie bez wahania za taką sprawę” (cyt. za Warren H. Carrol ibidem s. 138)

Owszem byli i renegaci, wśród nich lewicowy kler – wtedy jeszcze nie chodził w brzydkich garniturach i niemodnych krawatach jak o. Raguel i postępowi katolicy. Renegatem był kanonik Enrique Vasquez Camarasa, który odprawił jedyną w czasie oblężenia Alcazaru Mszę Świętą dla oblężonych. Renegatem, nie boję się tego słowa, jest ten historyk w brzydkim garniturze wyświęcony na katolickiego kapłana. Dla nich wybór był prosty, postęp nie może iść w parze z Christo Rey. Z jakimś Jezusem – kumplem i proletariuszem – tak, za Królem, nigdy!

Dzisiejsi potomkowie i epigoni dawnych milicjantów chcą zamazać przeszłość Starej Hiszpanii. W ich mniemaniu Hiszpania powstała wraz z prokalmowaniem I Republiki, wcześniej to tylko horda katolickich protofrankistów i prafaszystów otaczających dziwnym kultem stare drewniane posągi i kamienne ołatrze, zawodzący otępiale pieśni, nieświadomi ich zwodniczych i zabobonnych treści.

Dzisiejszym epigonom Largo Caballero i Bonawentury Durrutiego nie wystarcza własna „beatyfikacja” „szlachetnych rycerzy postępu walczących z faszystwoską hydrą” – bo czymże innym jak parodią katolickiej beatyfikacji jest projektowana ustawa? Usiłują jeszcze pohukiwać na Kościół, szermując przy tym hasłem rozdziału Kościoła od państwa.

Wytykając hierarchom  niedawną krytykę legalizacji parodii sakramentu małzeństwa w wykonaniu pewnej kategorii chorych osób, widać zapominają, że zasada rozdziału czerwonego tronu (a raczej koryta) od Świętego Ołtarza działa w obie strony.

Nie wystarczy im to że Franco nie żyje. Trzeba zniszczyć wszystkie pamiątki po tym krwawym faszyście , w ramach Ustawy o Pamięci Historycznej. Tak wybiórcza pamięć zapewne jest w stanie odpamiętać płomienne „Non passaran” Dolores Ibárruri Gómez „A pasionari” , nie będzie pamiętać z jakim rewolucyjnym zapałem podżegała do palenia kościołów i fizycznej eliminacji duchowieństwa. Ręka niszcząca katolicką Hyspanidad zawszemogła liczyć na poparcie setek tysięcy pożytecznych idiotów nie tylko żołnierzy Brygad Międzynarodowych ale i pisarzy, „intelektualistów”, „ludzi kultury”.

Pożyteczny idiota to zawód odpowiedzialny i wiecznie żywy. Z doświadczenia wiadomo, że dyskusja z lewicowym „intelektualistą” przeważnie kończy się porażką jego zapyziałego interlokutora. Bynajmniej nie z uwagi na trafność sądów, błyskotliwość języka czy piorunująca siłę argumentów lewicowca. Po prostu – on wie lepiej.
Lepiej wie o tym, że męczennicy katolicccy w Hiszpanii swoją śmiercią dawali świadectwo przynależności do Falangi i carlistów czy też szerzej do antyrepublikańskiej rebelii a nie ostateczne i głebokie świadectwo miłości i poświęcenia.

Chciałbym wierzyć, że zacietrzewienie Zapaterro w burzeniu resztek Hyspanidad zakońćzy się restauracją Jednej, Wielkiej, Wolnej Hiszpanii.Niestety, nie w czasach kiedy elektorat partii mieniacych się spadkobiercami frankizmu zmieścić można z powodzeniem w średniej wielkości kościele, a przywódca partii „prawicowej” jako burmistrz stolicy w ostetntacyjny sposób, pariodując sakrament małżeństwa, udziela „ślubu” dwojgu chorym ludziom tej samej płci.

Za pośrednictwem renagata – msgr Camarasa „Niebiański Król odwiedził bohaterów Alcazau”, jak głosił usunięty w latach 80-tych napis w podziemiach twierdzy. Za pośrednictwem renagata z Katalonii dowiadujemy się, że Jezus Chrystus to tak naprawdę Francisco Franco!

Przyznam się że podobnej herezji jak również dziwnego i bezgranicznego uwielbienia dla gen. Franco nie spodziewalem się po katolickim duchownym, nie mówiąc już o lewicowej prasie,

Trawestując znany w pewnych kręgach okrzyk: A my swoje: Viva Christo Rey!