Żelazna Sotnia – heroje Zakerozonii? sobota, List 17 2007 

Bieszczady, jesień 1946 r. Żołnierze wojsk ochrony pogranicza NKWD maszerują w szarozielonych gimnastiorkach szerokim karpackim płajem. Mijają oddział stawiający czerwono – zielony słup graniczny, z nabazgranym czarnymi bukwami na białej tablicy napisem „SSSR”.

Wąsaty sierżant – wiarus, podtrzymując pas od przewieszonejprzez ramię pepeszy zgaduje do podstarzałego porucznika:

Towarzyszu poruczniku! Byłem tu w ‘41. – mówi po ukraińsku, z rosyjskim akcentem, a może wojskową manierą – Granica była dalej!

I co z tego- pyta znudzony porucznik.

Sierżant wzrusza ramionami.

Tam są bracia Ukraińcy. To nasza Ziemia!

Powiedziano, granica, znaczy się granica! – odpowiada rzeczowo, po sowiecku starszyj lejtnant.

Niedawna premiera filmu „1612 – Kronika Smuty” sprowokowała mnie do przybliżenia czytelnikowi innego historycznego filmu ukazującego wycinek polskiej historii widzianej oczyma wschodniego sąsiada. Jako że ta historia jest o wiele świeższa i bolesna, filmOlesia Janczuka „Żelazna sotnia” (ukr. „Залізна сотня „(ang. „The Company of Heroes”) z 2003 r. powinien szczególnie zaciekawić polskich widzów.

Film rozpoczyna krótka, „zajawka” przedstawiająca bitwę partyzantów UPA z Wehrmachtem. Po tym krótkim wstępie niewtajemniczonych w „wiry walki” widzówuświadamiają napisy po ukraińsku i po angielsku. Dowiedzieć możemy się m.in. że „na początku XX w. Ukraina została podzielona pomiędzy Rosję Radziecką i Polskę. (…) W 1943 r. Stalin oddał Polsce Zakerzonję , część odwiecznych ukraińskich ziem z prawie milionem ukraińskich mieszkańców. Dla obrony Kraju przed represjami w celu odrodzenia państwa, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów stworzyła podziemną organizację i siły zbrojne. Wśród nich była sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii pod dowództwem Mychajła Dudy „Hromenki”.

Janczuk składa bowiem hołd „bohaterom” Zakerzonii[i], słynnej sotni UPA pod dowództwem „Hromenki” (właściwie Mychajło Duda). Warto dodać, że film zrealizowano na motywach książki Jurija Borca (Paszkowskiego) „UPA – w wirach walki” który zresztą był również głównym producentem filmu, przy wsparciu finansowym Ministerstwa Obrony Ukrainy i Administracji Państwowej oraz Rady Obwodowej w Iwanofrankowsku.

Zanim oglądnąłem ten film zapytałem sam siebie, czego możemy spodziewać się po ukraińskim filmie o Ukraińskiej Powstańczej Armii? Zrozumienia drugiej ze stron? Pokazania zbrodni po stronie ukraińskiej? Dozy obiektywizmu? No w końcu film nakręcono w 2003 r. 12 lat po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, w innych warunkach niż polski „Ogniomistrz Kaleń”…


Nic z tych rzeczy. Reżyser opowiada ukraińską wersję tamtych wydarzeń. Opowiada ze swadą, barwnie, momentami żewnie, ale jak ślepy na jedno oko bandurzysta nie widzi tego, do czego doprowadził ukraiński nacjonalizm po drugiej stronie. Dla jednych to może być główna wada filmu, ale w końcu to film o Ukraińcach i dla Ukraińców. To ich historię opowiada „Czumak” za pośrednictwem reżysera, tu Polacy i Sowieci są tłem dla dzielnych partyzantów spod znaku żelaznej podkowy.

Reżyser nie uniknął wpadek charakterystycznych dla siermiężnej, wschodniosłowiańskiej kinematografii. I tak sceny miłosne, które swoim patosem i uderzającą w ekran „burzą uczuć” bohaterów przypominają najlepsze sowieckie dramaty produkcyjne.

Główne postaci w filmie Janczuka są jak archetypowi kozaccy atamani. Buławny „Czumak” , schwytany przez lackie oddziały, niczym Iwan Pidkowaucieka brawurowo z łódki przepływającej graniczny San – nurkując i cudem unikając kaźni. Jest młody chłopiec z sokołem, symbolem wolnej ukraińskiej duszy, nieokiełznanej kozackiej „woli”, są czarnobrewe „mołodyce” i „diyuczyny”, których uroda rozkwita i gaśnie w wojennej zawierusze. Są bohaterscy swiaszczennycy, stawiający czoła bezbożnym okupantom.

Są i zdradzieccy Turcy – Bisurmani, w latach 40-tych to Sowieci. O dolo kozacka! To w większości Ukraińcy spod Charkowa i Połtawy! Jak dawni poturczeńcy woleli „bisurmańskie” wygody niż nierówną walkę z wszystkimi o wszystko… Zresztą „Czumak” tłumaczy Miszy spod Żytomierza, który pyta:

Czemu Polacy palą wasze wsie?

Nasze wsie, Misza, nasze wsie! – tłumaczy jak mądry ataman młodemu janczarowi -Wasza Żytomierszczyzna podlega Moskwie, a te ziemie – wskazał na pola – Warszawie.

Warszawa to lacka stolica. Są więc i Lachy…

Ukazani jako głowni winowajcy wszystkiego zła Polacy to głownie walczące z UPA i dokonujące wysiedleń ludowe Wojsko Polskie. Kieruje nim, nota bene nieźle sportretowany,tow. Świerczewski. Główne odium nienawiści widza skupia polska banda, siejąca terror wśród dobrych ukraińskich wieśniaków. W przerwach od krwawej siejby banda zajmuje się głównie biesiadowaniem i śpiewaniem łamaną, szeleszczącą polszczyzną piosenek, z pijackim refrenem „ale o mojej biedzie powiedzieć nie mogę”.

Przywódcą bandy, a zarazem główną negatywną postacią filmu jest blondwłosy watażka, amator dobrej wypitki i zdobywanych siłą ukraińskich kobiet. Czarny charakter oczywiście epatuje czarnym humorem, w jednej z pierwszych scen, kiedy przyprowadzają do niego grekokatolickiego księdza Szewczuka, ten najpierw wyzywa go od schizmatyków, a gdy przerażony swiaszczennyk szepce:

Jestem obrządku wschodniego.

Znam jeden wschodni obrządek – odpowiada Lach, polerując brzytwę o pas – obrzezanie.

Wtórujemu śmiech innych Lachów, którzy zaraz ochoczo przystępują do wykonywania „obrządku” i pewnie „obrzezaliby” biednego księdza, gdyby nie bohaterska odsiecz upowców.

Sowieccy reżyserzy nie powstydziliby się tak zręcznej propagandowej agitki!

Zwłaszcza, że w tym filmie jest niewątpliwe piękno, surowe bieszczadzkie krajobrazy i świat dawnych mieszkańców tamtych ziem, ukazany jednostronnie i powierzchownie, ale dość przekonywująco. Szerokie panoramy zaśnieżonych połonin, wartkich górskich strumieni, a wśród nich podpalone przez polskie wojsko, polskojęzyczne bandy i enkawudzistów ukraińskie chaty.

Za serce chwyta scena wielkanocnej liturgii na połoninie, kiedy świąteczne „Chrystos Woskres – Woistinu Woskres” brzmią jak pełen nadziei okrzyk zapowiadający zmartwychwstanie Samostijnej Ukrainy. Scenę ślubu w cerkwi kończy rozdzierająca serce pieśń państwa młodych i weselnego orszaku „Myła moja, szczo to bude z namy…” , która rozbrzmiewa po górach i dolinach, odbijająca się głuchym echem od blaszanych kopuł drewnianej cerkiewki, pozwalając zrozumieć tęsknotę za dawno już przebrzmiałym światem.

Cóż piękne, ale czy prawdziwe? Autor nie wspomina słowem o masakrze Polaków w Baligrodzie, rajdach na Birczę o zbrodniach dywizji SS „Hałyczyna” (Galizien) w okolicach Rymanowa Zdroju. Ich kości i krew użyźniły nieurodzajną górską ziemię, a Polska, za którą i przez którą zginęli o nich zapomniała….

 Poniżej trailer(?) filmu:

===============================

Jurij Borec’ (Paszkowski), ps. koonspiracyjny „Czumak” urodzony 26 marca 1892 r. we wsiŁubno koło Dynowa w obecnym woj. podkarpackim. Jak 30 innych mieszkańców jego rodzinnej wsi„Czumak” wstąpił do Ukraińskiej Powstańczej Armii[ii]. Brał udział m.in. w napadzie upowców na koszary Wojska Polskiego w Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r. [iii] w trakcie którego został ranny w obie nogi. Był hospitalizowany w słynnym podziemnym szpitalu upowskim pod Chrzyszczatą w Bieszczadach (okolice Woli Michowej i Smolnika, gm. Cisna). W końcu lata 1947 r., kiedy wojna UPA w Zakierzonni straciła jakikolwiek sens (z powodu wysiedlenia ukraińskich mieszkańców w ramach akcji „Wisła”) buławny (sierżant) „Czumak”, już jako członek sotni dowodzonej przez porucznik UPA Mychajło Dudę „Hromenkę” , walcząc z wojskami polskimi i czechosłowackimi przedarł się do amerykańskiej strefy okupacyjnej w południowych Niemczech („Hromenko” to też skądinąd, podobnie jak „Taras Czuprynka” przykład pięknej współpracy ukraińsko – niemieckiej, były żołnierz niemieckiego batalionu „Roland”[iv]).W 1949 roku „Czumak” przeniósł się z Monachium do Australii, gdzie do swojej śmierci 12 grudnia 2006 r. był aktywnym członkiem ukraińskich banderowskich środowisk emigracyjnych i kombatanckich. Opisał swoje wspomnienia z czasów walk UPA z Polakami na Zekierzonii i dzieje słynnego rajdu sotni „Hromenki” w książkach „UPA w wirze walki” („УПА у вирі боротьби”),, Rajd bez broni” („Рейд без зброї”),, Z najpiękniejszymi” „З найкращими”,, Szlakiem rycerzy idei i czynu”( „Шляхами лицарів ідеї і чину”),„Za Ukrainę za jej wolność” („За Україну, за її волю” ). Jego staraniem w Penrith, zachodniej dzielnicy Sydney ulice otrzymały nazwy ukraińskich bohaterów narodowych, oczywiście z punktu widzenia banderowskiej emigracji , takich jak: Bandera Ave., Mazepa Ave.

Film można obejrzeć na serwisie youtube pod adresami(uwaga na reklamę pensjonatu „Bajka” w Kosowie na Huculszczyźnie, dla „prawdziwych Kozaków” 🙂

http://www.youtube.com/watch?v=DXNKrHdWs0c


[i] Zakerzonia, Zakerzonnja (ukr. Закерзоння) –przyjęta przez nacjonalistyczne podziemie ukraińskie, a obecnie również używana oficjalnie przez historyków ukraińskich, nazwa terenów leżących na zachód od tzw. Linii Curzona

[ii] http://nacija.org.ua/index.php?option=com_content&task=view&id=878&Itemid=9

[iii] http://www.pokrova.org.ua/dokument001291.html

[iv] http://pl.wikipedia.org/wiki/Mychajło_Duda

Thompson – „bilo jednom u Hrvatskoj” wtorek, Gru 12 2006 

nowy album barda chorwackiej narodowej prawicy Marka Perkovicia „Thompsona” przynosi zaskoczenie nawet dla dotychczasowych fanów. To chyba pierwsza i jak narazie jedyna recenzja tego wydawnictwa na północ od Karpat, biorąc pod uwagę, że album został wydany 9 grudnia 2006 r.

thompson - bilo jednom u hrvatskoj
„Bilo jednom u Hrvatskoj” (pol. Dawno temu w Chorwacji) zaskakuje nawet starych i wytrawnych fanów Marka. Przede wszystkim dojrzałością muzyki, bezkompromisowością przesłania i tekstami. Przyznam się, że na ile rozumiem chorwacki mogę tylko zazdrościć, że przodkowie Marka Perkovicia odeszli z Białej Chorwacji nad Adriatyk (o czym nota bene opowiada druga piosenka „Dolazak Hrvata”).

„Dawno temu w Chorwacji” można określić modnym słowem „concept album” – to historia narodu opowiedziana od zarania – od stworzenia świata, („Početak”) poprzez przybycie słowiańskich plemion do danej przez Boga Ziemi Obiecanej – dzisiejszej Chorwacji („Dolazak Hrvata”), klątwy króla Dmitara Zvonimira,(„Kletva kralja Zvonimira”) po męczeństwo dziewicy Grabovčevej za czasów Turków osmańskich („Diva Grabovčeva”) .

To wielki pean ku czci „chorwackości”, chorwackiego narodu i jego świętej ziemi.
Ziemi strzeżonej przez duchy poległych za nią przodków („Duh ratnika”).
Thompson podnosi również rękawicę rzuconą mu przez swoich politpoprawnych przeciwników, dla których zawsze pozostanie faszystą („Neka ni’ko ne dira u moj mali dio svemira”).

Muzycznie – patriotyczny rock, dużo balladowych klimatów, bogate instrumentrium. Momentami zbyt patetycznie. Całe szczęście brakuje tandetnych utworów w stylu dalmackiej muzyczki dansingowej (por. „Stari se).

Do gustu najbardziej przypadł mi utwor „Przybycie Chorwatów” („Dolazak Hrvata”), wyraźnie inspirowany obrazem Otona Ivekovića o tym samym tytule (patrz tu). Muzyka świetnie buduje nastrój towarzyszący przybyciu plemienia Chorwatów ze swych karpackich siedzib na adriatyckie wybrzeże. Szum morza gdzieś w oddali, odłos rogów i trąb i głos niebieskiego Ojca dającego tą świętą Ziemię Obiecaną w wieczne władanie Chorwatom. To kwintesencja koncepcji Chorwatów jako narodu wybranego.

„Ljubi svoju zemlju, na njoj ti sagradi dom,
i brani je krvlju svojom, povezan si s njom.
Ljubi svoju zemlju, ljubi blagoslovljen plod,
i ponosno po njoj hodaj svoj zemaljski hod.”

Dolazak Hrvata

(„kochaj swoją ziemię, na niej postaw dom
i broń ją krwią swoją, powiązanyś z nią
Kochaj swoją ziemię, kochaj jej błogosławione płody
i ze czcią na niej stawiaj swoje ziemskie kroki”)

kilka cytatów na początek, nie zawsze w dosłownym tłumaczeniu, za co przepraszam językowych pusyrstów (na prawdziwą recenzję zapraszam jutro bo dzisjan jest już za późno):

„Istok, Zapad, svatko brani svoje,
a ja ne smijem ono što je moje
oduvijek.
Jedini moj svijet. I samo zato, za njih sam fašista,
a nikad nisam htio tuđe ništa,
samo nju,
zemlju slobodnu.”

Neka ni’ko ne dira u moj mali dio svemira

(„Wschód, Zachód, każdyn broni swoje,
a ja nie śmiem, tego co jest moje
zawsze.
Jedyny mój świat.I za to tylko jestem dla nich faszystą
Bo nigdy nie chciałem tu niczego więcej
jak tylko ją
moją wolną ziemię”)

Na marginesie muszę dodać jedno: Mój stosunek do Marka jest bardzo ambiwalentny. Z jednej strony to co robi dla swojego narodu jest trudne do przecenienia. Dotarcie z jasnym, narodowym i katolickim przesłaniem do takiej liczby słuchaczy nie udało się chyba nikomu przed nim i długo nie uda się nikomu po nim, nie tylko na Bałkanach ale w Europie w ogóle. Nawet Daniel Landa w rodzinnych Czechach nie cieszy się taką popularnością jak Marko w Chorwacji.

Łyżka miodu była- to teraz łyżka dziegciu.

Ustaszowska wizję integralnego nacjonalizmu traktuję na równi z integralnym nacjonalizmem ukraińskim. Dr Ante Pavelić to Stepan Bandera, któremu udało się dorwać do władzy. A może do Chorwacji było bliżej niż nad Pełtew i Dniestr i dlatego towarzysze z Niemiec i Włoch nie szczędzili pieniędzy i sił, żeby rozbic starą Jugosławię – “Kraljevinu Kralja Petra”. Jeśli mam dokonać prostego wyboru między dwoma wizjami budowy czegoś na jej gruzach to opowiadam się za wizją Draży Michajlovicia a wizją Ante Pavelicia wybieram tego pierwszego.

Dlatego też nie wiem jak mam oceniać ustaszowskie piosenki Thompsona. Marko śpiewa na koncertach o obozie koncentracyjnym w Jasenovacu i Starej Gradisce, miejsce kaźni tysięcy Serbów, w konwencji biesiadnej piosenki o wesołych rzeźnikach Vjekoslava “Maksa” Luburicia (”Jasenovac i Gradiška Stara”) czy o Jure Franceticiu z Crnej Legiji, który z kwatery na szczycie góry Trebević pod Sarajewem nawołuje swoich dzielnych chłopców do podpalenia Serbii (”Evo zore, evo dana”).

Kłopot w tym, że zarówno na Ukrainie jak i w Chorwacji nie ma innego układu odniesienia dla tamtejszych narodowców. W czasie, w którym krystalizował się nowoczesny polityczny nacjonalizm zabrakło ideologa, który mógł go poprowadzić na właściwy tor. Zarówno Dmytro Doncow jak i Ante Pavelić na pierwszym miejscu postawili naród (u Doncowa “нація“), spychając z piedestału Chrystusa Króla. I w tym tkwi zasadnicza różnica między nacjonalizmem polskim a integralnym nacjonalizmem chorwackim i ukraińskim.

Ale nie pomylę się, że Marko wielkim patriotą i wielkim muzykiem jest…

Spis utworów:

1. Početak

2. Dolazak Hrvata

3. Duh ratnika

4. Diva Grabovčeva

5. Moj dida i ja

6. Neka ni’ko ne dira u moj mali dio svemira

7. Lipa Kaja

8. Kletva kralja Zvonimira

9. Ratnici svjetla

10. Dan dolazi

11. Tamo gdje su moji korijeni

12. Sine moj

data wydania: 9 grudnia 2006 r.

Croatia Records

strona domowa Thompsona: http://www.thompson.hr

Król bez „ludu”? A może „Lud” bez Króla? środa, Wrz 13 2006 

Książka znanego francuskiego pisarza Jeana Raspail’a wg zamiarów autora ma „ilustrować ideę władzy królewskiej abstrahując przy tym od kwestii personalnych czy zamysłów natury politycznej”.

Młody Faramund Bourbon to nosiciel depozytu monarchii, jej personifikacja. Kraj, ktory mógłby być jego doczesnym królestwem nie zdaje sobie nawet sprawy z istnienia tego młodego i zapomnianego przez wszystkich arystokraty, który przemierza Francję wzdłuż i wszerz w towarzystwie swojej wiernej siostry i dworu. Choć to ledwie trzyosobowy dwór, to reprezentuje wszystkie trzy stany. Stany Starej Francji, córy Kościoła, która ukłuta wrzecionem rewolucji zasnęła i śpi.
Może śpi między żałosnymi szczątkami doczesnymi antenatów obywatela Capeta w Sanit Denis? A może między mieniącymi się różnokolorowym blaskiem szkłami witraży w Reims?
Raspail daje nadzieję. Przedstawia nam bezbronnego młodzieńca, przeznaczonego do wielkości. Zadaje pytania: jeśliby rzeczywiście mógł rządzić? Jeżeli byłby otoczony wspaniałym dworem pełnym pochlebców, jeśli na dźwięk jego imienia, jak na dźwięk imienia jego praszczura Ludwika XVI drżałyby tchórzliwe serca na połowie kontynentu?
Faramund jednak nie będzie miał realnej władzy doczesnej. Jego postać przypomina momentami Chrystusa podczas modlitwy w Ogrójcu, rozdartego i osamotnionego w cierpieniu. Przypomina także postać z innego kręgu kulturowego św. Wielikomuczenika Cara Lazara Chreblajanowicza, którego we śnie postawiono przed wyborem: mieć wielką Serbię tu i teraz na tej ziemi, czy dać zbawienie swojemu ludowi i dać mu Wielką Serbię w niebiańskiej ojczyźnie.Za zbawienie swojego ludu oddał życie na Kosowym Polu.
Faramund broni się przed danym mu ciężarem. Jest świadomy niebezpieczeństw, choć nie świadomy jakie siły czyhają na jego życie, na czele z jezuickim renegatem – oficerem policji.
W końcu Faramund przyjmuje swój dany mu od Boga Kielich. Zostaje koronowany na Króla w obecności garstki, ostatnich wiernych. Namaszczony świętym olejem przyniesionym z nieba przez białą gołębicę, relikwie pochodzaca jeszcze od Chlodwika, skarb który przetrwał rewolucyjny folwark zwierzęcy, lata masońskich prześladowań Kościoła i dotrwał do współczesnych, nijakich czasów.
Czystości Faramunda przeciwstawia nasz świat. Świat w którym księża wolą wyświechtaną, dziurawą marynarkę od staromodnej sutanny, w którym nie ma miejsca na szlachetność a rycerze i książęta krwi występują wyłącznie jako postaci z filmów i książek.

Faramund jest takze odkupicielem. Jego cierpienie ma tez odkupic monarchie zbrukana przez miernoty na tronie i półplebejskich uzurpatorów z Korsyki.

Pierwszy raz w trackie czytania książki miałem łzy w oczach. Niestety, nie ma szans by to właśnie ona stała się pocałunkiem, który obudzi ze snu śpiącą Starą Francję i na zawsze pogrzebie trupa kurtyzany we frygijskiej czapce, na którą jej arabski sutener krzyczy gardłowo „Marianna”..

gruba krecha zamiast Norymbergi środa, Wrz 13 2006 

Komentowae opowiadanie:”Czwarta Rzesza”

Nudząc się między kolejnym pozwem a wnioskiem znalażlem stare opowiadanie Roberta Talbotta (a może Sonii Szostakiewicz?) z archiwalnego, pierwszego numer
u Frondy.

Archiwalny nie znaczy nieaktualny! Tyle pięknych aluzyj i odpowiedzi na frapujące pytania co by było gdyby:

– w Niemczech nie doszło do denazyfikacji?
– „Volkische Beobachter” zmieniłoby nazwę na „Beobachter” i głosiło postęp w czystej ostaci
– dr Joseph Goebels założył własne pismo, skandalizująco-polityczne „Ja wohl!”, w którym zamieszcza w nim m.in. „zdrowe aryjskie dowcipy” na temat Żydów w obozach koncentracyjnych.
– ks Joseph Klischner :mrgreen: głosił „denazyfikacja byłaby totalną kompromitacją chrześcijaństwa, ponieważ Chrystus nauczał, aby przebaczać swoim wrogom”

dla mnie perełka:

Na wszelki wypadek jednak NSDAP postanowiła się rozwiązać. Martin Bormann płakał, kiedy przy chóralnym śpiewie „Horst Wessel-Iied” wyprowadzano podczas ostatniego zjazdu sztandar ze swastyką. Nazajutrz powstała nowa partia: Demokratischer Allianz. Przewodniczącym został były przywódca Hitlerjugend, Baldur von Schirach, reprezentujący w partii „liberałów”, natomiast sekretarzem generalnym przedstawiciel „twardogłowych” Hermann Goering.